Archiwa kategorii: Instytucje

Jak dyplom wpływa na dochód?

Istnieją różne motywacje kontynuowania nauki na studiach wyższych, ale perspektywa podwyższenia dochodu jest z pewnością jedną z ważniejszych. Od kilku lat, dzięki programowi MNiSW Ekonomiczne Losy Absolwentów (ELA) mamy możliwość śledzenia tego, jak młodzi ludzie radzą sobie na rynku pracy po uzyskaniu dyplomu. Na tle innych badań dochodów, wyniki zawarte w zbiorze danych ELA są wyjątkowe, ponieważ pochodzą z rejestrów ZUS, a nie z badań sondażowych. Charakteryzują się więc znacznie większą dokładnością i pokryciem całej populacji. ELA zawiera kilkanaście wskaźników charakteryzujących aktywność zawodową po ukończeniu poszczególnych kierunków studiów, ale nas interesować tu będzie mediana dochodu uzyskiwanego rok po ukończeniu studiów. Z jednej strony okres 12 miesięcy to stosunkowo mało, aby absolwent ustabilizował swoją sytuację zawodową, ale z drugiej uchwycenie dochodu w tym właśnie momencie pokazuje położenie na rynku pracy, będące bezpośrednim następstwem studiów oraz – co wiemy z innych badań – jest wyraźnie skorelowane z dochodem uzyskiwanym w późniejszych etapach kariery. Dane analizowane poniżej dotyczą absolwentów z 2015 roku.

Co pokazują wykresy?

Na poniższym wykresie prezentujemy fragment tego zróżnicowania. Skupiliśmy się na najpowszechniej dostępnych kierunkach studiów oraz uczelniach z głównych ośrodków akademickich (w istocie z miast wojewódzkich oraz dodatkowo z Gliwic i Częstochowy). Ograniczyliśmy się też do absolwentów studiów dziennych drugiego stopnia lub jednolitych. Wszystko to miało na celu większe wystandaryzowanie (porównywalność) rezultatów.

Wartości przedstawione na wykresie pochodzą z prostego modelu regresji i pokazują o ile dochód jest większy (wartości z plusem) lub mniejszy (z minusem) od wartości referencyjnej. Tę ostatnią stanowił poziom dochodu uzyskiwany rok po zakończeniu dowolnych innych studiów drugiego stopnia (czyli kierunków innych niż, te wymienione na wykresie – w praktyce chodzi o kierunki rzadziej obecne na uczelniach). Wartość ta wynosi 2.442 zł brutto (mediana dochodu ze wszystkich źródeł). Nie wchodząc w statystyczne szczegóły trzeba dodać, że to są wartości uzyskane przy kontroli ośrodka akademickiego (więc niejako niezależne od premii za konkretną uczelnię i lokalizację miejsca pierwszej pracy).

Wykres 1. Przeciętna premia dochodowa za ukończenie kierunku

Zarabiać jak filolog ugrofiński

Pierwszą obserwacją płynącą z danych ELA jest ogromne zróżnicowanie dochodów absolwentów poszczególnych kierunków. Nie jest zaskoczeniem to, że w czołówce rankingu kierunków uporządkowanych pod względem medianowego dochodu znajdują się absolwenci nauk technicznych: informatycy, absolwenci kierunku automatyka i robotyka, czy mechanika i budowa maszyn. Zaskakuje raczej to, że tuż za nimi plasują się absolwenci (w zasadzie głównie absolwentki) pielęgniarstwa – znacznie wyżej niż kierunku lekarskiego, choć nie jest to porównanie w pełni rzetelne (wejście w zawód lekarski poprzedzone jest stażem i rezydenturą). Wysokie medianowe zarobki uzyskiwane tuż po studiach w zawodach związanych ze wspomnianymi kierunkami wiążą się z dużym bieżącym popytem na takie kwalifikacje. Gdybyśmy przyjrzeli się szczegółowo również pozostałym, rzadziej pojawiającym się w ofercie uczelni kierunkom, to znajdziemy wśród nich również inne, których absolwenci już na staracie kariery zarabiają przeciętnie ponad 5.000 zł (np. telekomunikacja, metody ilościowe w ekonomii). Rynek hojnie wynagradza również rzadkie, wąskie specjalizacje humanistyczne, takie jak niektóre filologie (ugrofińska na UW daje rok po jej zakończeniu przeciętnie 5.371 zł).

Dolna część wykresu zawiera głównie kierunki, które można określić jako „para-akademickie” czy „zawodowe”, np. kosmetologia, turystyka i rekreacja, fizjoterapia. Prowadzą one przeważnie do pracy w sektorze usług osobistych, która nie wiąże się z tak wysokimi zarobkami jak w zawodach specjalistycznych. Obok nich pojawiają się kierunki społeczne i humanistyczne, które z kolei oferują wiedzę mniej sprofilowaną zawodowo. Choćby z tej racji wejście na rynek pracy jest dla ich absolwentów względnie trudniejsze (zwłaszcza w wymiarze dochodu). Dodatkowo wiele z tych kierunków ma charakter masowy, więc wytwarzają dużą podaż przy względnie niskim popycie. Dane ELA pokazują również, że odsetek absolwentów, którzy mieli za sobą doświadczenie bezrobocia w rok po zyskaniu dyplomu w dużej mierze oddaje to, co widać na wykresie 1. Ci, który nie wpadli w bezrobocie, znaleźli zatrudnienie poniżej kwalifikacji. Czas spędzony na rynku pracy będzie zapewne działał na ich korzyść, jednak dodatkowe doświadczenie nie zamknie obserwowanej luki płacowej.

Nie tylko kierunek, ale także miasto

Wybór kierunku studiów silnie wpływa na dochód, ale siła dyplomu różni się również pomiędzy ośrodkami akademickimi. Również te zróżnicowania są spore i potwierdzają to, co o nierównościach dochodowych w Polsce wiadomo od dawna (wykres 2. – ze statystyczną kontrolą kierunków). Siła „nabywcza” dyplomów jest największa w przypadku politechnik i uniwersytetów w dużych miastach – Warszawie, Gdańsku, Krakowie czy Wrocławiu. Przeciętny dochód absolwenta spada wraz z peryferyjnością uczelni. Absolwenci uczelni kieleckich, białostockich, czy rzeszowskich zarabiają (po tych samych kierunkach) kilkaset złotych mniej, niż studenci z dyplomem uzyskanym w dużych warszawskich uczelniach. Na przykład absolwent informatyki w Warszawie dostanie przeciętnie 5.800 zł brutto, a z Białegostoku 4.500 zł. Nie ma wątpliwości, że za różnice te odpowiada nie tylko jakość edukacji, ale również specyfika lokalnych rynków pracy. Relacja pomiędzy studiami a pracą nie sprowadza się jedynie do faktu, że absolwenci uczelni w mieście A najczęściej podejmują pracę w mieście A. Znaczenie mogą mieć również takie czynniki jak rozeznanie w ofertach pracy, czy doświadczenia zawodowe zdobyte jeszcze w czasie nauki (np. staże). Gdybyśmy chcieli rzetelnie orzekać o różnicy kompetencji stojącej za dyplomami tego samego kierunku w różnych ośrodkach, powinniśmy porównywać osoby, które znalazły się na jakimś „trzecim”, zewnętrznym rynku pracy (np. za granicą).

Wykres 2. Miasta akademickie wg przeciętnej premii dochodowej absolwentów

Podsumowując

ELA dostarcza niezwykle cennych informacji na temat położenia absolwentów i wiedzę tę można wykorzystać do reformowania niektórych polityk publicznych. Wydaje się, że szczególna troska powinna być skierowania do humanistów i absolwentów nauk społecznych. Zapotrzebowanie na nich niewątpliwie istnieje, ale (a) jest w niektórych „tradycyjnych” specjalnościach mniejsze niż podaż, (b) wymaga nieco innych kompetencji, niż te obecnie oferowane. Nie chodzi  o zamienienie uniwersytetów w szkoły zawodowe, ale o to, aby studia humanistyczne i społeczne nie kształtowały absolwenta zgodnie z kanonami akademickimi sprzed 20 czy 30 lat. Biegłość w językach obcych, obeznanie z technologiami informatycznymi, podstawy programowania, kompetencje organizacyjne – to są rzeczy niezbędne do dobrego odnalezienia się na współczesnym rynku pracy.

Dwa demograficzne mity

The Economist opublikował niedawno daily chart, którego tytuł w kontekście panujących nastrojów społecznych brzmi jak prowokacja: Why Europe needs more migrants. Każdy kto zna „Ekonomistę” wie jednak, że to pismo reprezentujące trzeźwy, ekonomiczny racjonalizm w opozycji do wszelkich ideologicznych idiosynkrazji, więc jeśli prowokuje, to przede wszystkim do myślenia.

Choć o sytuacji demograficznej już pisaliśmy, i to dosyć obszernie, na moment wracam więc do tego tematu. Trudno oprzeć się bowiem wrażeniu, że ktokolwiek się nim zajmuje w debacie publicznej – od rządzących po Make Life Harder – myślenie to jest obciążone: (a) fiksacją na dzietności, (b) marginalizacją ekonomicznej roli imigracji. Zrekapituluję krótko te dwa błędne mniemania.

„Mit dzietności” zakłada, że (1) wyższa dzietność może samodzielnie rozwiązać problemy demograficzne współczesnej Polski, a także, że (2) zapewnienie zastępowalności pokoleniowej jest dziś w Polsce realne. Aby najprościej wyjaśnić na czym polega mylność tych przekonań zacznijmy od możliwie najprostszej ilustracji – sztafety pokoleń. Na wykresie poniżej przedstawione zostały liczebności 10-letnich kohort wiekowych współczesnych Polek (dane GUS z VI 2017). Ograniczymy się do kobiet, ponieważ to właśnie ich bezpośrednio dotyczą statystyki dzietności. Przeciętny wiek urodzenia dziecka to obecnie 29 lat. Przyjmując kilka interpretacyjnych uproszczeń możemy więc spojrzeć na te kohorty jako na sekwencję grup matek i córek oddzielonych od siebie interwałem 30 lat. Takiej interpretacji można postawić szereg słusznych zastrzeżeń1, ale mimo wszystko będzie to wystarczające przybliżenie realnych prawidłowości.

Wielkość kohort demograficznych w populacji współczesnych Polek (stan na 30 VI 2017 wg GUS)

Do oznaczenia na wykresie poszczególnych „sztafet pokoleniowych” użyłem osobnych palet kolorystycznych. Kobiety w wieku 60-69 lat to „kohorta matek” dla kobiet w wieku 30-39 lat, te z kolei to „statystyczne matki” dziewczynek w wieku 0-9 lat. Analogiczną relację możemy zdefiniować dla dzisiejszych pięćdziesięcio- i dwudziestolatek, a także dla czterdziesto- i nastolatek.

Co widzimy na wykresie? Jeśli porównamy kohortę 60-69 z ich „córkami”, to widać, że kobiety urodzone tuż po II wojnie światowej wydały na świat przeciętnie więcej niż jedną córkę. Nie zmienia tego nawet wzięcie pod uwagę rosnącej śmiertelności kobiet po 50-tce – owe „ubytki” skompensowane są szarą „czapką” na dwóch ostatnich słupkach (śmiertelność młodszych kobiet jest niska, została więc pominięta). Dla kolejnych grup wiekowych ta tendencja wyraźnie się zmienia. Córki kobiet w wieku 50-59 lat, czyli dzisiejsze 20-latki, są mniej liczne niż ich matki. Dramatyczny spadek zaczyna się jednak dopiero w kolejnych grupach. Sukcesję ponad 3 milionom dzisiejszych 30-latek zapewnia zaledwie 2 miliony dziewczynek poniżej 10 roku życia.

Co z tego wynika? Po pierwsze trzeba rozumieć, że żaden ze słupków nie powiększy się już samym ruchem naturalnym. Dzisiejsza kohorta nastolatek nie zrobi się większa niż 2 miliony. Niezależnie więc od wskaźnika liczby urodzeń, nie zwiększy się liczba przyszłych matek. Nawet gdyby trend niskiej dzietności został kompletnie zatrzymany, nie ma powrotu do liczebności Polek z wyżu lat 1980-ych.

Ale czy ten trend można zatrzymać? Współczynnik dzietności (przeciętna liczba dzieci przypadających na kobietę w wieku rozrodczym) wynosi w Polsce niewiele ponad 1,3 (czyli statystycznie każda matka ma ok. 2/3 córki). To bardzo mało, ale w Europie jedynie dwa kraje balansują na poziomie odtwarzalności pokoleń, czyli mają ten współczynnik na poziomie około 2, są to Francja i Irlandia. Przypomnijmy jednak – jest to poziom odtwarzalności, a nie przyrostu, więc dylemat dotyczy samego utrzymania liczebności tych najmniej licznych kohort (sic!). Co więcej, takiej energii w płodzeniu dzieci nie obserwujemy nigdzie na wschód od Renu, a my wypadamy pod tym względem blado nawet na tle samych sąsiadów (zob. interaktywny wykres na Google).

Aby osiągnąć przeciętną dzietność na poziomie 2 – której Polska w ogóle nie notowała od 1991 roku – kobiety musiałyby rodzić w wyraźnie młodszym wieku i w związku z tym masowo rezygnować z innych życiowych planów. Nie chodzi nawet o realizację marzeń o karierze na szczytach władzy i bogactwa, czy o podróży dookoła świata, ale o rzeczy znacznie bardziej rudymentarne, takie jak studia. Przypomnijmy, że współczynnik skolaryzacji brutto na poziomie szkolnictwa wyższego wynosił na początku lat 1990-ych niewiele ponad 10%, ale w 2010 roku przekroczył 50%. Już sama masowość studiów wyższych przesuwa większość decyzji prokreacyjnych na okres po 25. roku życia. Do pewnych rzeczy po prostu nie ma powrotu, chyba, że w scenariuszu Handmaid’s Tale.

Warto także pamiętać, że programy child benefit, analogiczne do 500+, posiada większość państw europejskich, więc ze względu na konwergencję tak instytucji, jak stylów życia względnie bezpieczne wydaje się założenie, że dzietność w Polsce może w nadchodzących latach wzrosnąć, ale co najwyżej do poziomu 1,5-2,0. W najbardziej optymistycznym z tych scenariuszy (i biorąc na razie w nawias migracje) za 40 lat wykres „sztafety matek i córek” wyglądałby mniej więcej tak jak na wykresie poniżej2. Czarne obrysy oddają wielkość kohort z pierwszego wykresu, czyli tych dzisiejszych. Globalnie oznacza to spadek populacji o około 28% (przypomnijmy – to wersja optymistyczna!). Ale – i to jest szczególnie uderzające – w wersji „pesymistycznej” (czyli przy współczynniku dzietności na obecnym poziomie 1,3), sprawa przedstawia się w zasadzie niewiele gorzej – spadek wyniesie 33%. Jak widać optymizm i pesymizm w sprawie dzietności niewiele się różnią – konik i tak już uciekł. Wyższy współczynnik urodzeń w ogólnym rozrachunku może nieco poprawić sytuację demograficzną, ale fiksowanie się na dzietności jako rozwiązaniu problemu starzenia się społeczeństwa jest nieracjonalne.

„Sztafeta demograficzna” z poprzedniego wykresu za 40 lat przy założeniu o rosnącej dzietności.

Przejdźmy zatem do kwestii imigracji. W dobie kryzysu migracyjnego jest to sprawa drażliwa, ponieważ została spleciona z gorącymi wątkami politycznymi, w tym z lękami o bezpieczeństwo i tożsamość. Jednak niezależnie od towarzyszących jej emocji warto patrzeć na nią trzeźwo – system emerytalny potrzebuje czynnych zawodowo, a rozwijająca się gospodarka – rąk do pracy. Jest jasne, że firmy będą poszukiwały pracowników nawet jeśli rodzima podaż się wyczerpie. Presja popytu na pracownika odczuwana jest na razie głównie w postaci rekordowo niskiego poziomu bezrobocia, ale gospodarka już od dawna „zasysa” też pracowników z zagranicy.

Kwestię emigracji i imigracji zarobkowej, jak wszystkie inne zjawiska ekonomiczne, wypada rozpatrywać w kategoriach podaży i popytu. Patrząc na dane GUS dotyczące ruchów ludnościowych do i z Polski widzimy, że wciąż więcej osób wyjeżdża, niż przyjeżdża. Poniższy wykres pokazuje migracje na stałe, czyli (wg GUS) na co najmniej 12 miesięcy. Czarna ramka pokazuje ubytki ludnościowe, zaś czerwone wypełnienie – stopień ich bieżącego uzupełniania przez przybyszy z zagranicy. Są to jedynie przybliżenia i nie uwzględniają wszystkich rodzajów przepływów ludnościowych (o tym za chwilę), jednak ta wystandaryzowana miara daje pewne pojęcie o atrakcyjności migracyjnej naszego kraju. W ostatnich latach wciąż więcej ludzi długotrwale opuszczało Polskę, niż do niej na stałe przybywało, choć widać jednocześnie trend zmniejszania się tej różnicy. W odróżnieniu od kwestii przyrostu naturalnego, tu państwo ma realny i dużo bardziej znaczący wpływ na konsekwencje demograficzne – oznacza to, że w odróżnieniu od wykresu ilustrującego odtwarzalność pokoleniową, tu dużo trudniej przewidzieć dalszy trend bez wiedzy o konkretnych decyzjach politycznych. Jednak ze względu na wspomniane kwestie popytowo-podażowe, instytucjonalny wpływ na bilans migracyjny również nie jest nieograniczony.

Stosunek emigracji (czarna ramka) do imigracji (czerwone wypełnienie), dane GUS.

Tu dochodzimy do mitu nr 2. Jest nim przekonanie, że polityka imigracyjna może sprowadzać się do zamknięcia drzwi na osoby spoza Unii Europejskiej (czy szerzej rozumianego Zachodu). Jest tak, ponieważ Polska wraz z Chorwacją, Rumunią i Bułgarią zamyka stawkę, jeśli idzie o poziom życia szeroko rozumianego Zachodu. Sami imigranci również dokonują wyborów, więc obie strony potrafią być swoiście „wybredne”. Jedynie kraje najbardziej zamożne, takie jak Wielka Brytania, USA czy Niemcy mogą regulować napływ imigrantów jedynie przez selekcję negatywną.

Jedna z lansowanych obecnie koncepcji zakłada, że imigrację można skutecznie zastąpić reemigracją i repatriacją, a liczba emigrantów z Polski i osób polskiego pochodzenia jest do tego wystarczająca. Jednak największe zagraniczne społeczności polskie są na Zachodzie (dwa największe ośrodki to USA i Niemcy), więc jest to równoznaczne z oczekiwaniem porzucenia przez ludzi lepiej płatnej pracy i lepszych perspektyw życiowych, jakie oferują im te kraje. Na wschód od Polski największym ośrodkiem jest natomiast Białoruś, ale zamieszkuje tam ok. 300 tys. osób deklarujących polskie pochodzenie, więc nawet przyciągnięcie całej mniejszości polskiej z terenu byłego ZSRR – biorąc w nawias realne możliwości i koszty – miałaby marginalne skutki ekonomiczne (dodajmy, że w okresie 1997-2016 Polska wydała 5908 formalnych wiz repatriacyjnych). Być może niektórzy dopatrują się także szansy w negatywnym rezultacie negocjacji dotyczących Brexitu. Zostawmy jednak różnego rodzaju złudzenia i przyjrzyjmy się faktom.

Realnie rzecz biorąc, doraźne rozwiązanie braku dodatkowych rąk do pracy trafiło się Polsce wyjątkowym zbiegiem okoliczności. To czego nie widzimy na powyższym wykresie to liczna rzesza pracowników przyjeżdżających na krótki okres. Liczbę formalnie wydanych nowych zezwoleń na pracę ilustruje kolejny wykres (poniżej), a trzeba mieć na względzie, że jest ona dużo niższa niż realna liczba pracujących w Polsce Ukraińców3. Począwszy przynajmniej od 2014 roku napływ siły roboczej do Polski jest zatem realnie większy niż odpływ, ponieważ podaż pracy skutecznie „suplementowana” jest masowymi przyjazdami krótkookresowymi z Ukrainy (ponad 80%). Warto w tym kontekście postawić pytanie: kto zastąpiłby tych pracowników, gdyby na Ukrainie panował pokój i kwitła gospodarka?

Liczba cudzoziemców (w tys.), którzy otrzymali pozwolenie na pracę w Polsce, dane GUS.

Dla kogo, poza mieszkańcami pogrążonej w kryzysie i wojnie domowej Ukrainy, Polska jest dziś atrakcyjnym kierunkiem emigracji? Kraje, z których napływ ludzi w ostatnich pięciu latach nasilał się i wynosił więcej niż 1500 osób to: Białoruś, Mołdawia oraz Indie. Wyraźnie osłabł natomiast napływ z Chin (prawie sześciokrotnie w ostatnich 6 latach). Wydaje się jasne, że różnica stopnia rozwoju między krajami musi być wystarczająca, by łączny, relatywny koszt emigracji (w tym ten psychologiczny) był mniejszy niż względne korzyści potencjalnego imigranta. Białoruś ma niższe niż Polska PKB per capita (również to liczone w sile nabywczej), ale leży blisko, więc bezpiecznie można założyć, że wszystkie kraje lepiej od niej rozwinięte nie staną się źródłem napływu pracowników do Polski. Na tej zasadzie możemy bezspornie wykluczyć kraje takie jak Gabon, Meksyk czy Iran. Do tej grupy należy też zapewne Botswana, Tajlandia, Chiny, Brazylia czy Algieria. Jednocześnie mieszkańcy krajów bardziej oddalonych od Polski geograficznie i kulturowo niż Ukraina i Białoruś, ponoszą niewątpliwie znacznie większe koszty takiej migracji.

Jeśli w Polsce istnieją silne idiosynkrazje dotyczące kierunków migracji i możliwości integracji cudzoziemców (a debata publiczna jasno wskazuje, że tak jest), warto postawić klarowne pytanie o to, jak owe preferencje przekładają się na konkretne polityki publiczne. A może liczymy jedynie na kryzysy w nieodległym otoczeniu międzynarodowym?


1. Mediana wieku urodzeń stale zmienia się (rośnie), a jej wariancja jest oczywiście spora, więc część dziewczynek z grupy 0-9 jest w istocie córkami kobiet należących do kohorty 10-19, a inna część – kohorty 50-59. Jednak takie „przesunięcia” i nieregularności dotyczą wszystkich kohort, więc ich efekty w większości znoszą się. Zatem choć nie mamy tu substancjalnie trafnego opisu rzeczywistości, to oddaje on faktycznie wpisane w nią trendy.

2. Zakładam tu stopniowe, liniowe dochodzenie dzietności do poziomu 2.0.

3. Pozwolenia są przedłużane na podstawie oświadczenia pracodawcy, a tych wg UDSC było w 2016 roku 1,26 mln – ta liczba może być z kolei zawyżona w stosunku do realnie pracujących. ZUS podaje liczbę 270 tys. zarejestrowanych Ukraińców.

Strategie kadrowe polskich instytucji naukowych

Czy duże wydziały i małe centra badawcze mają w Polsce podobne czy różne szanse na uzyskanie wysokiej jakości osiągnięć naukowych? Czy poszczególne dziedziny nauki różnią się pod tym względem? W końcu – czy w Polsce mamy względnie jednolite pole instytucji naukowych, czy też ich pierwszą, drugą i niższe ligi? O tych i paru innych kwestiach piszę w artykule, który ukazał się właśnie na łamach „Nauki”.
Tekst zamieszczony został w wolnym dostępie na stronie czasopisma: http://www.nauka-pan.pl/index.php/nauka/article/view/672.

Nowa lista czasopism punktowanych MNiSW

Opublikowana przed świętami nowa lista czasopism punktowanych wywołała sporo kontrowersji. W porównaniu z zeszłym rokiem zmiany dotknęły przede wszystkim listę B, czyli wykaz czasopism krajowych. Mogły one liczyć na dodatkowe 0-5 punktów, które w tej edycji dodawali eksperci z poszczególnych dziedzin (opinia środowiskowa). Zwiększył się w ten sposób zakres ocen tych czasopism – o ile poprzednio punktacja wynosiła tu od 1 do 10 punktów, to obecnie – od 1 do 15 punktów.

Bezpośredniego porównania rozkładu punktacji z roku 2014 i 2015 dokonaliśmy nakładając na siebie dwa histogramy (wykres poniżej). Porównujemy tylko te tytuły, które wystąpiły na liście B zarówno w roku 2014, jak 2015 (co oznacza pełną porównywalność, ale także pominięcie prawie jednej czwartej journali zgłoszonych w bieżącej edycji). W oczy rzuca się przede wszystkim to, że rozkład z 2015 roku ma większy „ogon” po prawej stronie (co zilustrował już Emanuel Kulczycki). Widać, że rozkład z 2014 był w miarę symetryczny wokół średniej, z tym zastrzeżeniem, że czasopism za 9 i 10 było nieco mniej niż tych za 2 i 3 punkty. W 2015 roku pojawiła się wyraźna asymetria o odwrotnym charakterze – mamy wyraźną przewagę liczbową czasopism z wynikiem wyższym niż średni. Takie rozkłady przypominają nieco sytuację, gdy studentom przygotuje się trochę zbyt łatwy test. Mogło się tak stać m.in. dlatego, że eksperci oceniając czasopisma w obrębie własnej dziedziny mieli powody, by przyznawać raczej wysokie noty – trzeba przecież pamiętać, że w parametryzacji konkurują nie tylko same jednostki naukowe, ale całe dyscypliny – zwłaszcza w ramach łączonych GWO (ta dyscyplina, która ma niżej punktowane journale przegrywa w przedbiegach).

Rplot

O ile w roku 2014 wypadało redakcji cieszyć się z uzyskania 6 lub 7 punktów, ponieważ był to wynik ponadprzeciętny, to te same wartości w 2015 roku oznaczały już znalezienie się poniżej średniej. Ta ostatnia w grupie analizowanych czasopism wzrosła bowiem z 5,1 do 8,2. Gdyby wziąć pod uwagę wszystkie pozycje na liście B z roku 2015, w tym nowe, średnia wynosiłaby niewiele mniej – 7,8.

Charakter generalnego kierunku zmiany punktacji pokazuje dokładniej poniższy wykres. Przedstawiony jest na nim rozkład różnicy punktów między 2015 i 2014 rokiem (ponownie – tylko tych czasopism, które były oceniane w ramach listy B w obu latach). Widać tu wyraźnie, że spadków było stosunkowo mało i były one niewielkie. Tytuły straciły od jednego do 4 czterech punktów. Wzrosty wyraźnie przeważały nad spadkami i wyniosły do 11 punktów. Aż 67 czasopism awansowało o 8 lub więcej punktów, wliczając w to spektakularne skoki o 800% (z 1 do 9) czy na drugą stronę skali (z 3 do 14).

Rplot02

Co oznaczają te zmiany w szerszej perspektywie?

(1) Wyraźny wzrost punktacji czasopism krajowych jest tożsamy z relatywnym obniżeniem wagi punktów zdobywanych za publikacje na liście A (gdzie średnia jest bez zmian), czyli w czasopismach zagranicznych posiadających impact factor (wysoką cytowalność). Warto przypomnieć, że w parametryzacji wszystkie artykuły rozpatruje się łącznie (sumując), a w przypadku większości jednostek zdecydowanie dominują publikacje z listy B.

(2) Najwyżej punktowane czasopisma z listy B premiują autorów w tym samym stopniu co te najsłabsze z listy A. Oznacza to, że dobre opinie krajowych badaczy stały się funkcjonalnym ekwiwalentem niższych wartości impact factora.

(3) Jeśli weźmiemy pod uwagę różnicę w trudności publikacji w czasopismach indeksowanych w JCR i krajowych (nawet z powodów translatorskich), to osłabione zostały bodźce do pracy nad tymi pierwszymi.

Kobiety w polityce

Tegoroczne wybory parlamentarne różnią do poprzednich między innymi większą ekspozycją kobiet. W trakcie kampanii prezydenckiej uwagę zwracała kandydatura Magdaleny Ogórek, ale obecnie trzy największe siły polityczne w Polsce postawiły na kobiety jako swoich frontman’ów (czy może raczej frontwoman). Główna rywalizacja wizerunkowa toczyła się w kampanii pomiędzy Beatą Szydło, Ewą Kopacz i Barbarą Nowacką. Czy większa liczba kobiet na pierwszej linii walki kampanijnej oznacza także ich większy obecnie udział w polityce? Sprawdziliśmy czy proporcja kobiet w parlamencie faktycznie wyraźnie zmieniła się i czy ewentualne trendy mają charakter lokalny, czy globalny. Wykresy pokazują odsetek kobiet w niższych izbach parlamentu wybranych państw w latach 1997, 2005 i 2015 (dane pochodzą z zasobów Inter-Parliamentary Union: http://www.ipu.org/wmn-e/classif.htm).

Odsetek kobiet w polskich ławach poselskich w ostatnich 20-stu latach wzrósł bardzo wyraźnie – z 13 do 24,1%. Wciąż jednak na tle reszty Europy polska polityka nie należy do sfeminizowanych. Najwięcej kobiet w izbach niższych ciał ustawodawczych jest w krajach skandynawskich: Szwecji (43,6%), Finlandii (41,5%) i Islandii (41,3%). W wielu innych państwach także rósł ostatnio udział kobiet w polityce, do spektakularnych zmian doszło w Słowenii (wzrost czterokrotny), we Włoszech (wzrost trzykrotny) i na Półwyspie Iberyjskim (prawe dwukrotny w Hiszpanii i ponad dwukrotny w Portugalii). Nawet w najbardziej zmaskulinizowanych parlamentach Europy liczba ta ostatnio wzrastała (w Rumunii w całym okresie z 7,3 do 13,7%, na Węgrzech spadła zaś co prawda między rokiem 1997 i 2005 z 11,4 do 9,1%, ale ponownie nieznacznie wzrosła w ostatniej dekadzie do 10,1%). W największych krajach Europy Zachodniej – Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji – trend był podobny, a odsetek kobiet oscylował wokół 1/3.

europe

W pozostałej części świata zróżnicowanie jest pod tym względem wyraźnie większe i niekiedy zaskakujące. Przykładowo Rwanda i Boliwia mają o wiele bardziej sfeminizowane parlamenty niż Szwecja (większość parlamentarzystów to kobiety), natomiast Stany Zjednoczone podobne są obecnie pod tym względem raczej do Tadżykistanu (więcej kobiet zasiada już w parlamencie Arabii Saudyjskiej). Wśród państw rozwiniętych najmniej zbalansowana reprezentacja płci występuje w Japonii (9%). Kobiety nie zasiadają zaś w parlamentach niektórych państw wyspiarskich na antypodach (Mikronezji, Palau, Tongi, Vanuatu) oraz niektórych państw arabskich (Katar, Jemen). Wśród państw dużych najmniejsze sfeminizowanie legislatury występuje w Iranie (3%) i Nigerii (5%).

world

Globalna tendencja w ostatnich 20 latach jest zbliżona – liczba kobiet w polityce rośnie. Przeciętny wzrost dla 175 państw o których dostępne są dane wyniósł 11,3 punktu procentowego, zatem prawie dokładnie tyle, co w Polsce.

Noworoczne targi zdrowotne

Okres zawierania i przedłużania kontraktów między NFZem a jednostkami opieki zdrowotnej jest tradycyjnie czasem wyjątkowo burzliwym (zwłaszcza dla niektórych pacjentów). Nie wnikając szczegółowo w przedmiot sporu (jest to złożona gra interesów), warto zwrócić uwagę na bardzo nierównomierny zasięg geograficzny przejawów tego konfliktu. W mediach i na stronie Porozumienia Zielonogórskiego można znaleźć mapę, pokazującą jaka część POZów w poszczególnych województwach odmówiła świadczeń na nowych zasadach. My  z kolei postanowiliśmy zrobić takie zestawienie dla miast wojewódzkich (wykres poniżej, dane ze stron oddziałów wojewódzkich NFZ, stan na 3.1.2015), który pozwala pokazać pewien rzadko podkreślany aspekt przebiegu tego sporu.

Odsetek POZów, które zawarły umowęJak widać przejawy wspomnianego konfliktu instytucjonalnego są niezwykle mocno zróżnicowane pomiędzy dużymi miastami Polski (niewielka entropia konfliktu). Spośród 18 stolic wojewódzkich, w 9 świadczenia według nowych zasad zgodziły się prowadzić wszystkie lub prawie wszystkie POZ. Z kolei w 5 innych zakres sprzeciwu świadczeniodawców można ocenić jako duży lub bardzo duży – wynosi od 45 do 67%. Ostatnie cztery miasta – Lublin, Rzeszów, Gdańsk i Opole to przypadki pośrednie, gdzie akcja sprzeciwu ani nie wygasła, ani nie osiągnęła bardzo dotkliwego poziomu (zamkniętych było między 14 a 32% POZów).

Tak duże zróżnicowanie geograficzne stanowi interesującą zagadkę. W przypadku różnic regionalnych kluczowym czynnikiem jest oczywiście siła Porozumienia Zielonogórskiego (między innymi dlatego w Wielkopolsce 100% przychodni zaczęło pracę zaraz po Nowym Roku). Być może da się jednak znaleźć również inne uwarunkowania tych różnic, patrząc właśnie na największe miasta.

Po pierwsze warto zauważyć, że jest to jeden z tych konfliktów, który w niewielkim stopniu związany jest z podziałem politycznym. Można by podejrzewać, że „bunt” lekarzy rodzinnych może być szczególnie silny tam, gdzie w generalnej populacji istnieje niski poziom poparcia dla partii rządzącej, zwłaszcza, że to ona desygnowała Ministra Zdrowia. Nie znajduje to potwierdzenia. Korelacja między zakresem protestu a poparciem dla PO w wyborach 2011 roku jest dość słaba, wynosi zaledwie -0,14. Zresztą rzut oka na mapę nie pozostawia złudzeń, że konflikt ten nie ma jednoznacznego politycznie charakteru – warto pamiętać, że parę lat temu PZ blisko współpracowało z rządem koalicji PO-PSL.

Jest natomiast jeden inny ważny czynnik, który warto chyba podkreślić – jest nim poziom urbanizacji. Korelacja między wielkością miasta wojewódzkiego a zakresem tamtejszego protestu wynosi -0,39 (zob. wykres poniżej). Innymi słowy, w wielkich miastach było znacznie mniejsze prawdopodobieństwo, że po Nowym Roku zamkniętych pozostanie wiele przychodni. Dlaczego tak się stało? Dlaczego to tu PZ miało mniejszą siłę wpływu? Wydaje się, że wyjaśnienie może być związane z wielkością rynku usług medycznych. W dużych miastach, gdzie oferta usług medycznych jest bogata, silniej działają mechanizmy rynkowe. Jeśli jedna przychodnia nie przyjmie pacjentów, weźmie ich inna. Warunki trudne do przyjęcia dla jednego świadczeniodawcy są do zaakceptowania dla innego. W efekcie protestowi trudniej osiągnąć masę krytyczną – dopóki warunki proponowane przez NFZ nie będą zupełnie nieakceptowalne dla zdecydowanej większości, opór względnie szybko się załamie. W mniejszych miejscowościach, zwłaszcza tam gdzie federacja świadczeniodawców ma względnie duże wpływy, protest jest znacznie bardziej dotkliwy, a zarazem skuteczny – mniejsze jest prawdopodobieństwo „wyłamania się” pojedynczych podmiotów. Pokazuje to, jaka jest (ceteris paribus) relacja pomiędzy siłą grup nacisku a stopniem rynkowości otoczenia. To między innymi dlatego w najgorszej sytuacji na początku stycznia znaleźli się pacjenci w Zambrowie i okolicach, a w najlepszej ci w Poznaniu i Warszawie.Urbanizacja a siła nacisku PZ

Frekwencja w wyborach do sejmików

Mimo, że PKW ogłosiła już oficjalnie jak wygląda podział mandatów w wyborach samorządowych do rad i sejmików, to wciąż nie znamy dokładnych danych o liczbie wydanych kart, oddanych głosów i głosach nieważnych. Od dnia wyborów na stronie PKW możemy znaleźć jedynie częściowe dane o frekwencji – z godziny 17:30. W oczekiwaniu na kolejne dane, które mogą być przedmiotem ciekawych analizy, stworzyliśmy przy pomocy prostego, darmowego narzędzia mapę frekwencji głosów ważnych w wyborach do sejmików (poniżej).

Głosy ważne, sejmiki

Liczba oddanych głosów ważnych w wyborach do sejmików województw w stosunku do liczby osób uprawnionych do glosowania (w %)

Jak widać „ważna frekwencja” w wyborach do sejmików (39,7%) była dość odległa od łącznej frekwencji wyborów samorządowych, która – jak podano – wyniosła 47,4%. W województwie opolskim na radnych wojewódzkich oddało głosy niespełna 35% uprawnionych. Sytuacja wygląda podobnie we wszystkich województwach Polski zachodniej. Z kolei w świętokrzyskim padło prawie 45% ważnych głosów. Z ciekawością wypada oczekiwać na dokładne dane o głosach nieważnych, ponieważ dopiero wówczas dowiemy się więcej o wyjątkowych problemach, jakie wystąpiły w trakcie tych wyborów (dotyczyły zarówno procedury głosowania, jak sposobu liczenia głosów oraz ich publikacji). Na razie podano jedynie, że w skali kraju w wyborach do sejmików oddano 17,9% głosów nieważnych. W zestawieniu z liczbą głosów ważnych i liczbą uprawnionych oznaczałoby to, że łączna frekwencja wyniosła nie mniej niż 48,4% (30 356 100 uprawnionych, 12 061 247 głosów ważnych, a zatem około 2 635 045 głosów musiało być nieważnych, co daje razem 14 696 292 głosów oddanych). Liczba ta różni się od oficjalnie ogłoszonej frekwencji o cały punkt procentowy, więc nie może być jedynie rezultatem zaokrągleń.

Takie niewielkie różnice mogą mieć różne przyczyny (np. wyniesione karty, błędy w sprawozdaniach), ale dopiero pełna dostępność danych pozwoliłaby rozwiać różne wątpliwości. Warto bowiem wspomnieć, że geograficzne korelacje dotyczące wyników, frekwencji i błędów są jedną ze standardowych procedur wykrywania nieprawidłowości wyborczych, co ilustrują analizy przeprowadzone przez Kobaka, Szpilkina i Pszenicznikowa dla wyborów 2011-12 w Rosji (zob. http://arxiv.org/pdf/1205.0741.pdf). Istotnym elementem monitoringu wyborów jest więc pełna dostępność danych o ich przebiegu.

Rynek badawczy w Polsce

OFBOR opublikował ciekawą infografikę na temat rynku badawczego w Polsce. Każdy, kto interesuje się branżą badań społecznych znajdzie tu parę ciekawostek.

Jedna trzecia rynku należy dziś do grupy kapitałowej Kantar (Millward Brown SMG/KRC, TNS Polska – dawniej Pentor i OBOP), a dalsze 28 do grupy Nielsen (AC, AGB). Zwłaszcza ta druga zanotowała wyraźny wzrost – o 7 punktów procentowych w porównaniu z rokiem 2010. Pozostałe dwie wielkie grupy badawcze mają w Polsce znacznie mniejszy udział w przychodach branży: Gfk 13%, a IPSOS 9%. Największa polska firma (PBS) odpowiada za niespełna 5% wyników finansowych sektora.

Warto przy tym pamiętać, że branża badawcza nie stanowi stanowi znaczącej (w kategoriach finansowych) gałęzi gospodarki – gdyby jej przychody jako całości potraktować jako przychody jednej firmy, to firma taka nie zmieściłaby się wśród 300 największych przedsiębiorstw w naszym kraju. Przychody tego rzędu uzyskują firmy jak telekomunikacyjna Vectra, biuro turystyczne Rainbow Tours czy czekoladowy Wawel.

branza_badawcza_2013_przychody

Kliknij, aby powiększyć

Liczba urzędników w Polsce 1981-2011

Spośród niespełna 16 mln pracujących Polaków, prawie 4 mln zatrudnionych jest w sektorze publicznym. Największy udział w tej liczbie mają: edukacja (ponad 1 mln), administracja, ochrona zdrowia (z niewiadomych powodów liczona przez GUS łącznie z pomocą społeczną) oraz szeroko pojęte służby mundurowe (w tej kolejności). W kontekście oceny działania państwa najwięcej emocji budzi prawdopodobnie druga z tych pozycji, ponieważ korpus urzędniczy traktowany jest na ogół jako bezpośrednie vis-a-vis (czy wręcz nemesis) sektora gospodarki rynkowej. W prasie ukazują się co pewien czas zestawienia pokazujące wzrost liczby zatrudnionych w administracji, służący jako przypomnienie, że wbrew obietnicom wszystkich kolejnych rządów państwo zamiast odchudzać się w poszukiwaniu większej sprawności (czy może odwrotnie – usprawniać się by schudnąć), nieustannie tyje i łapie zadyszkę.

Dynamika wzrostu liczby urzędników w postaci zagregowanej mało  jednak mówi o procesach, które faktycznie za tym stoją. Dlatego postanowiliśmy przedstawić je w podziale na kilka najważniejszych elementów – przede wszystkim rozdzielając administrację centralną od samorządowej – rozwój samorządu był w końcu jedną z zasadniczych składową transformacji państwa po 1989 roku.

Tym razem zamiast z Alicją pracowałem z Radkiem, zapewne jednym z nielicznych fanów R w środowisku historyków. Postawiliśmy sobie zadanie stworzenia spójnej, syntetycznej wizualizacji wzrostu zatrudnienia w administracji na przestrzeni trzech dekad. Szeroka zakładka na czasy PRLu w interesujący sposób rozszerza kontekst (i legitymizuje udział historyka). Do przygotowania zestawienia wspólnie spisaliśmy dane z roczników, ale wykresy zrobiliśmy niezależnie, by porównać różne „szkoły” kompresji informacji na wykresie. Rezultaty widać poniżej.

Wykres 1. (mój), kliknij aby powiększyćUrzędnicy

Wykres 2. (Radka), kliknij aby powiększyćurzednicyP

Jak dobrze wiadomo, w zasadzie w całym okresie potransformacyjnym notujemy stały wzrost kadr administracji publicznej. Po dezagregacji tego trendu można pokusić się o kilka szczegółowych spostrzeżeń.

Po pierwsze nie może dziwić fakt szybkiego wzrostu administracji samorządowej po roku 1991. Po krótkim „wietrzeniu” nastąpiła rekonstrukcja urzędów gmin i miast, następująca równolegle do rosnącej liczby obowiązków lokalnej administracji. Do dziś trend ten utrzymuje się, a obok przekazywania dawnych zadań państwowych w dół, w jego umocnieniu pewną rolę odgrywają zapewne różne meandry lokalnej polityki (synekury jako waluta polityczna).

Po drugie mimo równoległego, szybkiego rozrostu kompetencyjno-kadrowego samorządów, w latach 1990-1998 można było obserwować dramatyczny wzrost liczby osób zatrudnionych w centralnych organach administracji. Oczywiście po części związane to musiało być z nowymi zadaniami, choćby skarbowymi, ale z drugiej strony Polska przechodziła przecież od „ręcznego sterowania” (gospodarki planowej) do rynku, co – przynajmniej w teorii – powinno wymagać mniejszej obsługi administracyjnej. Warto zapewne przyjrzeć się temu wszystkiemu bliżej, ale na gorąco postawiliśmy z Radkiem dwie hipotezy: (a) dla lat 80-ych nie jest ujęta liczebność administracji partyjnej (np. zatrudnionej w komitetach wojewódzkich), która wykonywała pewne zadania (przede wszystkim te czysto polityczne), (b) jedną z metod łagodnego „przejmowania” państwa po 1989 roku było zatrudnianie równoległej administracji, lojalnej wobec polityków dawnej opozycji demokratycznej. Trend ten jednak nie zatrzymuje się w roku 1993, wraz z przejęciem władzy przez koalicję SLD-PSL, ale jest kontynuowany aż do czasów rządu Buzka.

Po trzecie wskutek reformy samorządowej wielkość administracji centralnej zaczęła spadać. Trwało to jednak jedynie do końca rządów koalicji AWS-UW, później powraca trend wzrostowy, tak, że liczba urzędników w instytucjach centralnych już w 2007 roku przekroczyła tę sprzed decentralizacji i wciąż rosła, przekraczając w 2009 roku liczbę 130 tys. W sensie czysto kadrowym decentralizacja Polski była więc efektem bardzo krótkotrwałym.

Trudno jest oczywiście udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to, jak licznej obsady kadrowej potrzebuje państwo takie jak Polska. Od czasu reformy samorządowej jej wzrost w coraz mniejszym stopniu określany jest zresztą odgórnie – samorządy różnych szczebli zatrudniają wedle własnych potrzeb i środków. Administracja mniejszych gmin i miast to już kategoria prawie tak liczebna jak administracja centralna, a samorząd wojewódzki dawno już wyprzedził pod tym względem Urzędy Wojewódzkie. Żądania „oszczędniejszego państwa” będą musiały być coraz częściej – wbrew temu co piszą gazety – adresowane do włodarzy lokalnych, a nie rządu.

PS. Przyglądając się wykresom warto mieć na względzie, że zmiany obserwowane z roku na rok mogą być efektem nie tylko zmian stanu etatowego i struktury organizacyjnej państwa, ale również zmian klasyfikacji GUS. Mocniejsze i bardziej szczegółowe wnioski wymagałyby dalszej dezagregacji danych.