Andrzej – typowy polski profesor

Ewidencyjne bazy POL-on pozwalają na analizę podstawowych faktów na temat populacji polskich naukowców. Zanim napiszemy o sprawach poważniejszych – kilka fun facts. Jakie imiona noszą najczęściej rodzimi badacze? Odpowiedź poniżej (porównawczą chmurę słów wykonaliśmy w R przy pomocy kodu dostępnego na tej stronie).

names_s2

Co ciekawe istnieją pewne wyraźne wzory dotyczące częstości występowania imion na poszczególnych stopniach kariery naukowej. Wśród magistrów najpopularniejsze imiona to Paweł (dalej: Marcin, Piotr) i Anna (dalej: Agnieszka i Katarzyna). Jako, że kobiety stanowią 63,3% najmłodszych badaczy, to można powiedzieć, że statystyczny polski asystent nazywa się Anna.

Wśród doktorów najpopularniejsze imiona męskie to kolejno: Piotr, Tomasz, Krzysztof, a żeńskie to wciąż: Anna, Agnieszka, Katarzyna. Kobiety stanowią 51,1% badaczy z tym stopniem, stąd statystyczny polski doktor to również Anna.

Wśród doktorów habilitowanych zatrudnionych przy prowadzeniu badań najczęściej występujące imię męskie to już: Andrzej. Piotr spada na drugie miejsce, a na trzecie wskakuje Marek. Największa grupa posiadaczek habilitacji to niezmiennie Anny, a dalej: Małgorzaty i Ewy. Kobiety stanowią na tym etapie kariery 37,6%.

Wśród profesorów najczęstsze imię męskie to Andrzej (po nim Jan i Jerzy), a żeńskie – tu nie ma zaskoczenia – Anna (później Maria i Ewa). Andrzejów jest w tej grupie już ponad trzy razy więcej niż Ann, co jest prawie dokładnie zgodne ze statystykami płci – kobiety wśród profesorów stanowią 25,2%.

Wypada spointować, że wraz z kolejnymi szczebli kariery naukowej rośnie prawdopodobieństwo, że badacz nazywa się Andrzej, spada natomiast prawdopodobieństwo, że nazywa się Anna.

Nowa lista czasopism punktowanych MNiSW

Opublikowana przed świętami nowa lista czasopism punktowanych wywołała sporo kontrowersji. W porównaniu z zeszłym rokiem zmiany dotknęły przede wszystkim listę B, czyli wykaz czasopism krajowych. Mogły one liczyć na dodatkowe 0-5 punktów, które w tej edycji dodawali eksperci z poszczególnych dziedzin (opinia środowiskowa). Zwiększył się w ten sposób zakres ocen tych czasopism – o ile poprzednio punktacja wynosiła tu od 1 do 10 punktów, to obecnie – od 1 do 15 punktów.

Bezpośredniego porównania rozkładu punktacji z roku 2014 i 2015 dokonaliśmy nakładając na siebie dwa histogramy (wykres poniżej). Porównujemy tylko te tytuły, które wystąpiły na liście B zarówno w roku 2014, jak 2015 (co oznacza pełną porównywalność, ale także pominięcie prawie jednej czwartej journali zgłoszonych w bieżącej edycji). W oczy rzuca się przede wszystkim to, że rozkład z 2015 roku ma większy „ogon” po prawej stronie (co zilustrował już Emanuel Kulczycki). Widać, że rozkład z 2014 był w miarę symetryczny wokół średniej, z tym zastrzeżeniem, że czasopism za 9 i 10 było nieco mniej niż tych za 2 i 3 punkty. W 2015 roku pojawiła się wyraźna asymetria o odwrotnym charakterze – mamy wyraźną przewagę liczbową czasopism z wynikiem wyższym niż średni. Takie rozkłady przypominają nieco sytuację, gdy studentom przygotuje się trochę zbyt łatwy test. Mogło się tak stać m.in. dlatego, że eksperci oceniając czasopisma w obrębie własnej dziedziny mieli powody, by przyznawać raczej wysokie noty – trzeba przecież pamiętać, że w parametryzacji konkurują nie tylko same jednostki naukowe, ale całe dyscypliny – zwłaszcza w ramach łączonych GWO (ta dyscyplina, która ma niżej punktowane journale przegrywa w przedbiegach).

Rplot

O ile w roku 2014 wypadało redakcji cieszyć się z uzyskania 6 lub 7 punktów, ponieważ był to wynik ponadprzeciętny, to te same wartości w 2015 roku oznaczały już znalezienie się poniżej średniej. Ta ostatnia w grupie analizowanych czasopism wzrosła bowiem z 5,1 do 8,2. Gdyby wziąć pod uwagę wszystkie pozycje na liście B z roku 2015, w tym nowe, średnia wynosiłaby niewiele mniej – 7,8.

Charakter generalnego kierunku zmiany punktacji pokazuje dokładniej poniższy wykres. Przedstawiony jest na nim rozkład różnicy punktów między 2015 i 2014 rokiem (ponownie – tylko tych czasopism, które były oceniane w ramach listy B w obu latach). Widać tu wyraźnie, że spadków było stosunkowo mało i były one niewielkie. Tytuły straciły od jednego do 4 czterech punktów. Wzrosty wyraźnie przeważały nad spadkami i wyniosły do 11 punktów. Aż 67 czasopism awansowało o 8 lub więcej punktów, wliczając w to spektakularne skoki o 800% (z 1 do 9) czy na drugą stronę skali (z 3 do 14).

Rplot02

Co oznaczają te zmiany w szerszej perspektywie?

(1) Wyraźny wzrost punktacji czasopism krajowych jest tożsamy z relatywnym obniżeniem wagi punktów zdobywanych za publikacje na liście A (gdzie średnia jest bez zmian), czyli w czasopismach zagranicznych posiadających impact factor (wysoką cytowalność). Warto przypomnieć, że w parametryzacji wszystkie artykuły rozpatruje się łącznie (sumując), a w przypadku większości jednostek zdecydowanie dominują publikacje z listy B.

(2) Najwyżej punktowane czasopisma z listy B premiują autorów w tym samym stopniu co te najsłabsze z listy A. Oznacza to, że dobre opinie krajowych badaczy stały się funkcjonalnym ekwiwalentem niższych wartości impact factora.

(3) Jeśli weźmiemy pod uwagę różnicę w trudności publikacji w czasopismach indeksowanych w JCR i krajowych (nawet z powodów translatorskich), to osłabione zostały bodźce do pracy nad tymi pierwszymi.

Kobiety w polityce

Tegoroczne wybory parlamentarne różnią do poprzednich między innymi większą ekspozycją kobiet. W trakcie kampanii prezydenckiej uwagę zwracała kandydatura Magdaleny Ogórek, ale obecnie trzy największe siły polityczne w Polsce postawiły na kobiety jako swoich frontman’ów (czy może raczej frontwoman). Główna rywalizacja wizerunkowa toczyła się w kampanii pomiędzy Beatą Szydło, Ewą Kopacz i Barbarą Nowacką. Czy większa liczba kobiet na pierwszej linii walki kampanijnej oznacza także ich większy obecnie udział w polityce? Sprawdziliśmy czy proporcja kobiet w parlamencie faktycznie wyraźnie zmieniła się i czy ewentualne trendy mają charakter lokalny, czy globalny. Wykresy pokazują odsetek kobiet w niższych izbach parlamentu wybranych państw w latach 1997, 2005 i 2015 (dane pochodzą z zasobów Inter-Parliamentary Union: http://www.ipu.org/wmn-e/classif.htm).

Odsetek kobiet w polskich ławach poselskich w ostatnich 20-stu latach wzrósł bardzo wyraźnie – z 13 do 24,1%. Wciąż jednak na tle reszty Europy polska polityka nie należy do sfeminizowanych. Najwięcej kobiet w izbach niższych ciał ustawodawczych jest w krajach skandynawskich: Szwecji (43,6%), Finlandii (41,5%) i Islandii (41,3%). W wielu innych państwach także rósł ostatnio udział kobiet w polityce, do spektakularnych zmian doszło w Słowenii (wzrost czterokrotny), we Włoszech (wzrost trzykrotny) i na Półwyspie Iberyjskim (prawe dwukrotny w Hiszpanii i ponad dwukrotny w Portugalii). Nawet w najbardziej zmaskulinizowanych parlamentach Europy liczba ta ostatnio wzrastała (w Rumunii w całym okresie z 7,3 do 13,7%, na Węgrzech spadła zaś co prawda między rokiem 1997 i 2005 z 11,4 do 9,1%, ale ponownie nieznacznie wzrosła w ostatniej dekadzie do 10,1%). W największych krajach Europy Zachodniej – Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji – trend był podobny, a odsetek kobiet oscylował wokół 1/3.

europe

W pozostałej części świata zróżnicowanie jest pod tym względem wyraźnie większe i niekiedy zaskakujące. Przykładowo Rwanda i Boliwia mają o wiele bardziej sfeminizowane parlamenty niż Szwecja (większość parlamentarzystów to kobiety), natomiast Stany Zjednoczone podobne są obecnie pod tym względem raczej do Tadżykistanu (więcej kobiet zasiada już w parlamencie Arabii Saudyjskiej). Wśród państw rozwiniętych najmniej zbalansowana reprezentacja płci występuje w Japonii (9%). Kobiety nie zasiadają zaś w parlamentach niektórych państw wyspiarskich na antypodach (Mikronezji, Palau, Tongi, Vanuatu) oraz niektórych państw arabskich (Katar, Jemen). Wśród państw dużych najmniejsze sfeminizowanie legislatury występuje w Iranie (3%) i Nigerii (5%).

world

Globalna tendencja w ostatnich 20 latach jest zbliżona – liczba kobiet w polityce rośnie. Przeciętny wzrost dla 175 państw o których dostępne są dane wyniósł 11,3 punktu procentowego, zatem prawie dokładnie tyle, co w Polsce.

Różowe i niebieskie obowiązki

GUS opublikował wyniki sondażu na temat budżetów czasu Polaków. Możemy przyjrzeć się, czy życie kobiet i mężczyzn w naszym kraju wypełniają podobne sprawy.

Na poniższym wykresie zaprezentowana jest przeciętna, względna długość wykonywania danej czynności. Wyrażona jest w procentach, więc można ją interpretować dobowo, ale ze względu na uśrednienie bardziej trafne jest rozumienie tego wykresu jako przekroju całego życia (wyjąwszy dzieci do 14 lat). Zewnętrzny obwarzanek pokazuje, co składa się na życie statystycznego mężczyzny, a wewnętrzny – kobiety. Oczywiście prawie połowę życia przeznaczamy na potrzeby fizjologiczne, przede wszystkim sen. Odrobinę więcej czasu przeznaczają na nie kobiety. Co ciekawe, chodzi w szczególności o spanie (w drugiej kolejności o higienę i ubieranie się).

time1

Następne w kolejności są praca zawodowa (zagregowana tu z nauką) oraz obowiązki domowe. Tu różnice między płciami są już duże i są względem siebie komplementarne. Kobiety spędzają w pracy zawodowej 11% życia, podczas gdy mężczyźni 18%. Z kolei na pracę w domu kobiety przeznaczają średnio 18% życia, a mężczyźni 10%. Ta różnica wynika z faktu, że kobiety znacznie częściej niż mężczyźni pozostają poza rynkiem pracy.

Przyjrzyjmy się temu dokładniej posługując się drugim wskaźnikiem, jakim jest średni czas wykonywania danej czynności (odnosi się tylko do osób, które tę czynność faktycznie wykonują). Poniższy wykres pokazuje średnią dobową różnicę wykonywania danej czynności między kobietami i mężczyznami. Wyrażona została w minutach.

time2

Podział obowiązków wydaje się dość tradycyjny: kobiety prawie o godzinę dłużej dziennie zajmują się dziećmi i gotują niż mężczyźni (przy średniej ogólnopolskiej wynoszącej 145 minut w przypadku dzieci i 94 minut w przypadku przygotowywania żywności, są to duże kontrasty). Mężczyźni więcej czasu przeznaczają na budowę, naprawy i remonty, ale jest to różnica niecałych 30 minut (średnia generalna to 130 minut, zaskakująco dużo). Jeśli jednak spojrzymy teraz na długość wykonywania pracy zawodowej, to tutaj mężczyźni mają znaczną przewagę, bo pracują o godzinę dłużej, a jeśli jeszcze dorabiają, to także robią to o kwadrans dłużej niż kobiety. Jedynie w zakupach uczestniczymy po równo.

Brak równowagi w podziale obowiązków dotyczy praktycznie wszystkich sfer życia, ale ma inny charakter. W badaniu GUS 29% kobiet zadeklarowało wykonywanie pracy zawodowej w porównaniu z 47% mężczyzn. Zajęcia domowe wykonuje 97% kobiet i 85% mężczyzn. Bezpośrednią pracę na rzecz gospodarstwa domowego wykonują więc prawie wszyscy, z tym, że mężczyźni poświęcają się jej w znacznie mniejszym stopniu. Patrząc jedynie na podział pracy w domu, łatwo zarzucić mężczyznom lenistwo (średnio o 23 minuty na dobę dłużej oglądają telewizję, o 20 minut dłużej oddają się swojemu hobby, o 6 minut dłużej ćwiczą). Jednak równocześnie znacznie większa liczba kobiet decyduje, by w ogóle nie wychodzić na rynek pracy. W konsekwencji największa presja dotycząca podziału obowiązków spada na te gospodarstwa, gdzie wszyscy dorośli pracują – nie ma tu miejsca na alibi zarówno wobec zawodowej bierności, jak immunitetu wobec mycia okien. Rekompensata przychodzi w postaci wyższego stanu konta.

Bez dodatkowych danych nie można powiedzieć jak płeć, praca zawodowa i obowiązki domowe są ze sobą skorelowane. Porównania wymagałoby przede wszystkim to, jak wygląda dzień pracującej zawodowo kobiety i mężczyzny. Mamy nadzieję, że GUS podzieli się tymi danymi. Doświadczenie pokazuje jednak, że nikłe są na to szanse.

Noworoczne targi zdrowotne

Okres zawierania i przedłużania kontraktów między NFZem a jednostkami opieki zdrowotnej jest tradycyjnie czasem wyjątkowo burzliwym (zwłaszcza dla niektórych pacjentów). Nie wnikając szczegółowo w przedmiot sporu (jest to złożona gra interesów), warto zwrócić uwagę na bardzo nierównomierny zasięg geograficzny przejawów tego konfliktu. W mediach i na stronie Porozumienia Zielonogórskiego można znaleźć mapę, pokazującą jaka część POZów w poszczególnych województwach odmówiła świadczeń na nowych zasadach. My  z kolei postanowiliśmy zrobić takie zestawienie dla miast wojewódzkich (wykres poniżej, dane ze stron oddziałów wojewódzkich NFZ, stan na 3.1.2015), który pozwala pokazać pewien rzadko podkreślany aspekt przebiegu tego sporu.

Odsetek POZów, które zawarły umowęJak widać przejawy wspomnianego konfliktu instytucjonalnego są niezwykle mocno zróżnicowane pomiędzy dużymi miastami Polski (niewielka entropia konfliktu). Spośród 18 stolic wojewódzkich, w 9 świadczenia według nowych zasad zgodziły się prowadzić wszystkie lub prawie wszystkie POZ. Z kolei w 5 innych zakres sprzeciwu świadczeniodawców można ocenić jako duży lub bardzo duży – wynosi od 45 do 67%. Ostatnie cztery miasta – Lublin, Rzeszów, Gdańsk i Opole to przypadki pośrednie, gdzie akcja sprzeciwu ani nie wygasła, ani nie osiągnęła bardzo dotkliwego poziomu (zamkniętych było między 14 a 32% POZów).

Tak duże zróżnicowanie geograficzne stanowi interesującą zagadkę. W przypadku różnic regionalnych kluczowym czynnikiem jest oczywiście siła Porozumienia Zielonogórskiego (między innymi dlatego w Wielkopolsce 100% przychodni zaczęło pracę zaraz po Nowym Roku). Być może da się jednak znaleźć również inne uwarunkowania tych różnic, patrząc właśnie na największe miasta.

Po pierwsze warto zauważyć, że jest to jeden z tych konfliktów, który w niewielkim stopniu związany jest z podziałem politycznym. Można by podejrzewać, że „bunt” lekarzy rodzinnych może być szczególnie silny tam, gdzie w generalnej populacji istnieje niski poziom poparcia dla partii rządzącej, zwłaszcza, że to ona desygnowała Ministra Zdrowia. Nie znajduje to potwierdzenia. Korelacja między zakresem protestu a poparciem dla PO w wyborach 2011 roku jest dość słaba, wynosi zaledwie -0,14. Zresztą rzut oka na mapę nie pozostawia złudzeń, że konflikt ten nie ma jednoznacznego politycznie charakteru – warto pamiętać, że parę lat temu PZ blisko współpracowało z rządem koalicji PO-PSL.

Jest natomiast jeden inny ważny czynnik, który warto chyba podkreślić – jest nim poziom urbanizacji. Korelacja między wielkością miasta wojewódzkiego a zakresem tamtejszego protestu wynosi -0,39 (zob. wykres poniżej). Innymi słowy, w wielkich miastach było znacznie mniejsze prawdopodobieństwo, że po Nowym Roku zamkniętych pozostanie wiele przychodni. Dlaczego tak się stało? Dlaczego to tu PZ miało mniejszą siłę wpływu? Wydaje się, że wyjaśnienie może być związane z wielkością rynku usług medycznych. W dużych miastach, gdzie oferta usług medycznych jest bogata, silniej działają mechanizmy rynkowe. Jeśli jedna przychodnia nie przyjmie pacjentów, weźmie ich inna. Warunki trudne do przyjęcia dla jednego świadczeniodawcy są do zaakceptowania dla innego. W efekcie protestowi trudniej osiągnąć masę krytyczną – dopóki warunki proponowane przez NFZ nie będą zupełnie nieakceptowalne dla zdecydowanej większości, opór względnie szybko się załamie. W mniejszych miejscowościach, zwłaszcza tam gdzie federacja świadczeniodawców ma względnie duże wpływy, protest jest znacznie bardziej dotkliwy, a zarazem skuteczny – mniejsze jest prawdopodobieństwo „wyłamania się” pojedynczych podmiotów. Pokazuje to, jaka jest (ceteris paribus) relacja pomiędzy siłą grup nacisku a stopniem rynkowości otoczenia. To między innymi dlatego w najgorszej sytuacji na początku stycznia znaleźli się pacjenci w Zambrowie i okolicach, a w najlepszej ci w Poznaniu i Warszawie.Urbanizacja a siła nacisku PZ

Frekwencja w wyborach do sejmików

Mimo, że PKW ogłosiła już oficjalnie jak wygląda podział mandatów w wyborach samorządowych do rad i sejmików, to wciąż nie znamy dokładnych danych o liczbie wydanych kart, oddanych głosów i głosach nieważnych. Od dnia wyborów na stronie PKW możemy znaleźć jedynie częściowe dane o frekwencji – z godziny 17:30. W oczekiwaniu na kolejne dane, które mogą być przedmiotem ciekawych analizy, stworzyliśmy przy pomocy prostego, darmowego narzędzia mapę frekwencji głosów ważnych w wyborach do sejmików (poniżej).

Głosy ważne, sejmiki

Liczba oddanych głosów ważnych w wyborach do sejmików województw w stosunku do liczby osób uprawnionych do glosowania (w %)

Jak widać „ważna frekwencja” w wyborach do sejmików (39,7%) była dość odległa od łącznej frekwencji wyborów samorządowych, która – jak podano – wyniosła 47,4%. W województwie opolskim na radnych wojewódzkich oddało głosy niespełna 35% uprawnionych. Sytuacja wygląda podobnie we wszystkich województwach Polski zachodniej. Z kolei w świętokrzyskim padło prawie 45% ważnych głosów. Z ciekawością wypada oczekiwać na dokładne dane o głosach nieważnych, ponieważ dopiero wówczas dowiemy się więcej o wyjątkowych problemach, jakie wystąpiły w trakcie tych wyborów (dotyczyły zarówno procedury głosowania, jak sposobu liczenia głosów oraz ich publikacji). Na razie podano jedynie, że w skali kraju w wyborach do sejmików oddano 17,9% głosów nieważnych. W zestawieniu z liczbą głosów ważnych i liczbą uprawnionych oznaczałoby to, że łączna frekwencja wyniosła nie mniej niż 48,4% (30 356 100 uprawnionych, 12 061 247 głosów ważnych, a zatem około 2 635 045 głosów musiało być nieważnych, co daje razem 14 696 292 głosów oddanych). Liczba ta różni się od oficjalnie ogłoszonej frekwencji o cały punkt procentowy, więc nie może być jedynie rezultatem zaokrągleń.

Takie niewielkie różnice mogą mieć różne przyczyny (np. wyniesione karty, błędy w sprawozdaniach), ale dopiero pełna dostępność danych pozwoliłaby rozwiać różne wątpliwości. Warto bowiem wspomnieć, że geograficzne korelacje dotyczące wyników, frekwencji i błędów są jedną ze standardowych procedur wykrywania nieprawidłowości wyborczych, co ilustrują analizy przeprowadzone przez Kobaka, Szpilkina i Pszenicznikowa dla wyborów 2011-12 w Rosji (zob. http://arxiv.org/pdf/1205.0741.pdf). Istotnym elementem monitoringu wyborów jest więc pełna dostępność danych o ich przebiegu.

Ile lat będziemy zdrowi?

Eurostat opracował niedawno ciekawy wskaźnik informujący o oczekiwanej liczbie lat przeżytych w zdrowiu. Zgodnie z definicją chodzi o brak poważnych i umiarkowanych chorób, które w istotny sposób ograniczałyby aktywność życiową. Pamiętać jednak trzeba, że wskaźnik ten wyliczony został w oparciu o dane dotyczące dzisiejszej populacji i nie powinien być interpretowany jako informacja o tym, ile lat żyć będziemy w przyszłości.

Podobnie jak w przypadku ogólniejszego wskaźnika – przewidywanej długości życia, tak i w przypadku długości zdrowego życia podstawowym czynnikiem różnicującym jest płeć i kraj.

Na poniższym wykresie pokazujemy te różnice. Słupki z prawej strony od zera wskazują na kraje, w których dłużej żyją kobiety, a z lewej te, gdzie dłużej w zdrowiu żyją mężczyźni. Największa różnica na rzecz kobiet występuje w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, a im dalej na zachód tym staje się ona mniejsza. W Holandii, Danii, Włoszech, czy Finlandii dłużej żyją  mężczyźni, w tym pierwszym kraju aż o 5 lat. W oczy rzuca się też spore zróżnicowanie między krajami, w których kobiety są dłużej zdrowe – Łotyszki mają aż 5 lat przewagi nad Łotyszami, a Hiszpanki pół roku wobec Hiszpanów. Wychodzi na to, że przeciętne małżeństwo na Łotwie składa się ze względnie kwitnącej żony i schorowanego męża, a w Holandii odwrotnie. Ciekawie byłoby przyjrzeć się stylom życia rodzin w tych krajach.

01_roznica

Ciekawie wyglądają też międzykrajowe różnice w długości zdrowego życia po ukończeniu 65 lat. Tutaj dystans między płciami nie jest już tak duży, ale różnice między poszczególnymi krajami są bardzo wyraźne. Najdłużej na emeryturze będą żyć obywatele bogatych krajów północnych: Norwegii, Szwecji, czy Islandii. Na dole wykresu ponownie znalazły się kraje środkowej Europy. Wiele prawidłowości w kohorcie osób powyżej 65 roku różni się wyraźnie od tych obserwowanych na wykresie wyżej (wystarczy przyjrzeć się Holandii). Oznaczać to może m.in. że subiektywna definicja męskiej i kobiecej ciężkiej choroby różni się między krajami. Za różnicami może więc stać nie tylko względy medyczne, ale i świadomość zdrowotna.

plot_04

Informacje przedstawione na tych wykresach są kluczowe dla projektowania wielu polityk społecznych, a przede wszystkim systemu emerytalnego i zdrowotnego, które dla budżetów wielu krajów będą stawały się coraz większym obciążeniem.

Rynek badawczy w Polsce

OFBOR opublikował ciekawą infografikę na temat rynku badawczego w Polsce. Każdy, kto interesuje się branżą badań społecznych znajdzie tu parę ciekawostek.

Jedna trzecia rynku należy dziś do grupy kapitałowej Kantar (Millward Brown SMG/KRC, TNS Polska – dawniej Pentor i OBOP), a dalsze 28 do grupy Nielsen (AC, AGB). Zwłaszcza ta druga zanotowała wyraźny wzrost – o 7 punktów procentowych w porównaniu z rokiem 2010. Pozostałe dwie wielkie grupy badawcze mają w Polsce znacznie mniejszy udział w przychodach branży: Gfk 13%, a IPSOS 9%. Największa polska firma (PBS) odpowiada za niespełna 5% wyników finansowych sektora.

Warto przy tym pamiętać, że branża badawcza nie stanowi stanowi znaczącej (w kategoriach finansowych) gałęzi gospodarki – gdyby jej przychody jako całości potraktować jako przychody jednej firmy, to firma taka nie zmieściłaby się wśród 300 największych przedsiębiorstw w naszym kraju. Przychody tego rzędu uzyskują firmy jak telekomunikacyjna Vectra, biuro turystyczne Rainbow Tours czy czekoladowy Wawel.

branza_badawcza_2013_przychody

Kliknij, aby powiększyć