Archiwa tagu: Polityka

Infografika „Społeczeństwo obywatelskie czy koalicja politycznych plemion?”

Czy polskie społeczeństwo jest koalicją zwaśnionych plemion czy raczej deliberującą wspólnotą obywatelską? Odpowiedzi na to pytanie szukaliśmy, tworząc wspólnie z Kubą Wysmułkiem infografikę, która podsumowuje wybrane wyniki kończącego się właśnie projektu „Ludzie w sieciach” (realizowany w ISP PAN ze środków NCN).

(kilknij, aby zobaczyć w pełnej rozdzielczości)

„Ludzie w sieciach”

Kobiety w polityce

Tegoroczne wybory parlamentarne różnią do poprzednich między innymi większą ekspozycją kobiet. W trakcie kampanii prezydenckiej uwagę zwracała kandydatura Magdaleny Ogórek, ale obecnie trzy największe siły polityczne w Polsce postawiły na kobiety jako swoich frontman’ów (czy może raczej frontwoman). Główna rywalizacja wizerunkowa toczyła się w kampanii pomiędzy Beatą Szydło, Ewą Kopacz i Barbarą Nowacką. Czy większa liczba kobiet na pierwszej linii walki kampanijnej oznacza także ich większy obecnie udział w polityce? Sprawdziliśmy czy proporcja kobiet w parlamencie faktycznie wyraźnie zmieniła się i czy ewentualne trendy mają charakter lokalny, czy globalny. Wykresy pokazują odsetek kobiet w niższych izbach parlamentu wybranych państw w latach 1997, 2005 i 2015 (dane pochodzą z zasobów Inter-Parliamentary Union: http://www.ipu.org/wmn-e/classif.htm).

Odsetek kobiet w polskich ławach poselskich w ostatnich 20-stu latach wzrósł bardzo wyraźnie – z 13 do 24,1%. Wciąż jednak na tle reszty Europy polska polityka nie należy do sfeminizowanych. Najwięcej kobiet w izbach niższych ciał ustawodawczych jest w krajach skandynawskich: Szwecji (43,6%), Finlandii (41,5%) i Islandii (41,3%). W wielu innych państwach także rósł ostatnio udział kobiet w polityce, do spektakularnych zmian doszło w Słowenii (wzrost czterokrotny), we Włoszech (wzrost trzykrotny) i na Półwyspie Iberyjskim (prawe dwukrotny w Hiszpanii i ponad dwukrotny w Portugalii). Nawet w najbardziej zmaskulinizowanych parlamentach Europy liczba ta ostatnio wzrastała (w Rumunii w całym okresie z 7,3 do 13,7%, na Węgrzech spadła zaś co prawda między rokiem 1997 i 2005 z 11,4 do 9,1%, ale ponownie nieznacznie wzrosła w ostatniej dekadzie do 10,1%). W największych krajach Europy Zachodniej – Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji – trend był podobny, a odsetek kobiet oscylował wokół 1/3.

europe

W pozostałej części świata zróżnicowanie jest pod tym względem wyraźnie większe i niekiedy zaskakujące. Przykładowo Rwanda i Boliwia mają o wiele bardziej sfeminizowane parlamenty niż Szwecja (większość parlamentarzystów to kobiety), natomiast Stany Zjednoczone podobne są obecnie pod tym względem raczej do Tadżykistanu (więcej kobiet zasiada już w parlamencie Arabii Saudyjskiej). Wśród państw rozwiniętych najmniej zbalansowana reprezentacja płci występuje w Japonii (9%). Kobiety nie zasiadają zaś w parlamentach niektórych państw wyspiarskich na antypodach (Mikronezji, Palau, Tongi, Vanuatu) oraz niektórych państw arabskich (Katar, Jemen). Wśród państw dużych najmniejsze sfeminizowanie legislatury występuje w Iranie (3%) i Nigerii (5%).

world

Globalna tendencja w ostatnich 20 latach jest zbliżona – liczba kobiet w polityce rośnie. Przeciętny wzrost dla 175 państw o których dostępne są dane wyniósł 11,3 punktu procentowego, zatem prawie dokładnie tyle, co w Polsce.

Frekwencja w wyborach do sejmików

Mimo, że PKW ogłosiła już oficjalnie jak wygląda podział mandatów w wyborach samorządowych do rad i sejmików, to wciąż nie znamy dokładnych danych o liczbie wydanych kart, oddanych głosów i głosach nieważnych. Od dnia wyborów na stronie PKW możemy znaleźć jedynie częściowe dane o frekwencji – z godziny 17:30. W oczekiwaniu na kolejne dane, które mogą być przedmiotem ciekawych analizy, stworzyliśmy przy pomocy prostego, darmowego narzędzia mapę frekwencji głosów ważnych w wyborach do sejmików (poniżej).

Głosy ważne, sejmiki

Liczba oddanych głosów ważnych w wyborach do sejmików województw w stosunku do liczby osób uprawnionych do glosowania (w %)

Jak widać „ważna frekwencja” w wyborach do sejmików (39,7%) była dość odległa od łącznej frekwencji wyborów samorządowych, która – jak podano – wyniosła 47,4%. W województwie opolskim na radnych wojewódzkich oddało głosy niespełna 35% uprawnionych. Sytuacja wygląda podobnie we wszystkich województwach Polski zachodniej. Z kolei w świętokrzyskim padło prawie 45% ważnych głosów. Z ciekawością wypada oczekiwać na dokładne dane o głosach nieważnych, ponieważ dopiero wówczas dowiemy się więcej o wyjątkowych problemach, jakie wystąpiły w trakcie tych wyborów (dotyczyły zarówno procedury głosowania, jak sposobu liczenia głosów oraz ich publikacji). Na razie podano jedynie, że w skali kraju w wyborach do sejmików oddano 17,9% głosów nieważnych. W zestawieniu z liczbą głosów ważnych i liczbą uprawnionych oznaczałoby to, że łączna frekwencja wyniosła nie mniej niż 48,4% (30 356 100 uprawnionych, 12 061 247 głosów ważnych, a zatem około 2 635 045 głosów musiało być nieważnych, co daje razem 14 696 292 głosów oddanych). Liczba ta różni się od oficjalnie ogłoszonej frekwencji o cały punkt procentowy, więc nie może być jedynie rezultatem zaokrągleń.

Takie niewielkie różnice mogą mieć różne przyczyny (np. wyniesione karty, błędy w sprawozdaniach), ale dopiero pełna dostępność danych pozwoliłaby rozwiać różne wątpliwości. Warto bowiem wspomnieć, że geograficzne korelacje dotyczące wyników, frekwencji i błędów są jedną ze standardowych procedur wykrywania nieprawidłowości wyborczych, co ilustrują analizy przeprowadzone przez Kobaka, Szpilkina i Pszenicznikowa dla wyborów 2011-12 w Rosji (zob. http://arxiv.org/pdf/1205.0741.pdf). Istotnym elementem monitoringu wyborów jest więc pełna dostępność danych o ich przebiegu.

Liczba urzędników w Polsce 1981-2011

Spośród niespełna 16 mln pracujących Polaków, prawie 4 mln zatrudnionych jest w sektorze publicznym. Największy udział w tej liczbie mają: edukacja (ponad 1 mln), administracja, ochrona zdrowia (z niewiadomych powodów liczona przez GUS łącznie z pomocą społeczną) oraz szeroko pojęte służby mundurowe (w tej kolejności). W kontekście oceny działania państwa najwięcej emocji budzi prawdopodobnie druga z tych pozycji, ponieważ korpus urzędniczy traktowany jest na ogół jako bezpośrednie vis-a-vis (czy wręcz nemesis) sektora gospodarki rynkowej. W prasie ukazują się co pewien czas zestawienia pokazujące wzrost liczby zatrudnionych w administracji, służący jako przypomnienie, że wbrew obietnicom wszystkich kolejnych rządów państwo zamiast odchudzać się w poszukiwaniu większej sprawności (czy może odwrotnie – usprawniać się by schudnąć), nieustannie tyje i łapie zadyszkę.

Dynamika wzrostu liczby urzędników w postaci zagregowanej mało  jednak mówi o procesach, które faktycznie za tym stoją. Dlatego postanowiliśmy przedstawić je w podziale na kilka najważniejszych elementów – przede wszystkim rozdzielając administrację centralną od samorządowej – rozwój samorządu był w końcu jedną z zasadniczych składową transformacji państwa po 1989 roku.

Tym razem zamiast z Alicją pracowałem z Radkiem, zapewne jednym z nielicznych fanów R w środowisku historyków. Postawiliśmy sobie zadanie stworzenia spójnej, syntetycznej wizualizacji wzrostu zatrudnienia w administracji na przestrzeni trzech dekad. Szeroka zakładka na czasy PRLu w interesujący sposób rozszerza kontekst (i legitymizuje udział historyka). Do przygotowania zestawienia wspólnie spisaliśmy dane z roczników, ale wykresy zrobiliśmy niezależnie, by porównać różne „szkoły” kompresji informacji na wykresie. Rezultaty widać poniżej.

Wykres 1. (mój), kliknij aby powiększyćUrzędnicy

Wykres 2. (Radka), kliknij aby powiększyćurzednicyP

Jak dobrze wiadomo, w zasadzie w całym okresie potransformacyjnym notujemy stały wzrost kadr administracji publicznej. Po dezagregacji tego trendu można pokusić się o kilka szczegółowych spostrzeżeń.

Po pierwsze nie może dziwić fakt szybkiego wzrostu administracji samorządowej po roku 1991. Po krótkim „wietrzeniu” nastąpiła rekonstrukcja urzędów gmin i miast, następująca równolegle do rosnącej liczby obowiązków lokalnej administracji. Do dziś trend ten utrzymuje się, a obok przekazywania dawnych zadań państwowych w dół, w jego umocnieniu pewną rolę odgrywają zapewne różne meandry lokalnej polityki (synekury jako waluta polityczna).

Po drugie mimo równoległego, szybkiego rozrostu kompetencyjno-kadrowego samorządów, w latach 1990-1998 można było obserwować dramatyczny wzrost liczby osób zatrudnionych w centralnych organach administracji. Oczywiście po części związane to musiało być z nowymi zadaniami, choćby skarbowymi, ale z drugiej strony Polska przechodziła przecież od „ręcznego sterowania” (gospodarki planowej) do rynku, co – przynajmniej w teorii – powinno wymagać mniejszej obsługi administracyjnej. Warto zapewne przyjrzeć się temu wszystkiemu bliżej, ale na gorąco postawiliśmy z Radkiem dwie hipotezy: (a) dla lat 80-ych nie jest ujęta liczebność administracji partyjnej (np. zatrudnionej w komitetach wojewódzkich), która wykonywała pewne zadania (przede wszystkim te czysto polityczne), (b) jedną z metod łagodnego „przejmowania” państwa po 1989 roku było zatrudnianie równoległej administracji, lojalnej wobec polityków dawnej opozycji demokratycznej. Trend ten jednak nie zatrzymuje się w roku 1993, wraz z przejęciem władzy przez koalicję SLD-PSL, ale jest kontynuowany aż do czasów rządu Buzka.

Po trzecie wskutek reformy samorządowej wielkość administracji centralnej zaczęła spadać. Trwało to jednak jedynie do końca rządów koalicji AWS-UW, później powraca trend wzrostowy, tak, że liczba urzędników w instytucjach centralnych już w 2007 roku przekroczyła tę sprzed decentralizacji i wciąż rosła, przekraczając w 2009 roku liczbę 130 tys. W sensie czysto kadrowym decentralizacja Polski była więc efektem bardzo krótkotrwałym.

Trudno jest oczywiście udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to, jak licznej obsady kadrowej potrzebuje państwo takie jak Polska. Od czasu reformy samorządowej jej wzrost w coraz mniejszym stopniu określany jest zresztą odgórnie – samorządy różnych szczebli zatrudniają wedle własnych potrzeb i środków. Administracja mniejszych gmin i miast to już kategoria prawie tak liczebna jak administracja centralna, a samorząd wojewódzki dawno już wyprzedził pod tym względem Urzędy Wojewódzkie. Żądania „oszczędniejszego państwa” będą musiały być coraz częściej – wbrew temu co piszą gazety – adresowane do włodarzy lokalnych, a nie rządu.

PS. Przyglądając się wykresom warto mieć na względzie, że zmiany obserwowane z roku na rok mogą być efektem nie tylko zmian stanu etatowego i struktury organizacyjnej państwa, ale również zmian klasyfikacji GUS. Mocniejsze i bardziej szczegółowe wnioski wymagałyby dalszej dezagregacji danych.

Wybory do Parlamentu Europejskiego

Wkrótce wybory do Parlamentu Europejskiego (PE), czyli święto demokracji które 3/4 Polaków obchodzi w lokalach innych niż wyborcze. Postanowiłem krótko i możliwie bezstronnie przypomnieć co to za instytucja, jakie znaczenie ma oddany głos (w świetle ordynacji) i co może pomóc (lub przeszkodzić) w podjęciu decyzji wyborczej.

Parlament Europejski to „wielogłowy prezydent”

PE jest instytucją, która w praktyce jest skrzyżowaniem polskiej prezydentury z sondażem. Może odrzucić inicjatywy ciał ustawodawczych Unii, wystąpić z niewiążącą inicjatywą, ale przede wszystkim jest probierzem legitymizacji różnych kierunków wspólnej polityki. W ważnych dla kraju sprawach posłowie częściej głosują w myśl solidarności narodowej niż lojalności frakcyjnej. Głosując w wyborach do PE opowiadamy się raczej za określonym nachyleniem programowo-ideologicznym polityki europejskiej, niż za tym, jak rozwiązane zostaną konkretne sprawy. Dość rzadko zdarzają się natomiast głosowania ściśle „frakcyjne”, w których europosłowie ani nie zachowują jedności narodowej, ani nie głosują w myśl stanowiska ideologicznego krajowej partii (np. w 2010 roku przedstawiciele PiS i PJN w PE głosowali, podobnie jak torysi, przeciw wydłużeniu minimalnej długości urlopu macierzyńskiego). Pytanie: „co Pan/Pani europoseł zrobi dla swojego okręgu” w większości przypadków nie ma wielkiego sensu. O PE należy raczej myśleć, jako o „wielogłowym prezydencie Europy”, który ma głównie funkcje reprezentacyjne/-wne i możliwość wetowania. Mimo to ponad dwa razy chętniej głosujemy na „jednogłowego” prezydenta krajowego, niż na „wielogłowego” europejskiego.

 

Parlament Europejski (źródło: http://www.europarl.europa.eu/)

Ile waży karta do głosowania?

Niektórzy politolodzy przekonują, że ze względu na niską frekwencję wybory do PE są szansą dla niewielkich, ale mocno zmobilizowanych sił politycznych, zwłaszcza ugrupowań radykalnie antyunijnych. Dotychczasowe polskie doświadczenia pokazują jednak, że w praktyce jest to ten sam kontest głównych sił politycznych, co w przypadku wyborów do parlamentu krajowego. Można by powiedzieć, że elektoraty największych partii traktują te wybory jako sparing. Kto wygrywa sparing ma pewną przewagę psychologiczną przed właściwym starciem. Jest jeszcze jedna przesłanka, która przemawia za takim modelem głosowania. Otóż ze względu na ordynację w wyborach do PE rywalizują nie tylko partie, ale także regiony (okręgi wyborcze).

Największy względny wpływ na obsadzenie mandatów w poprzednich wyborach do PE mieli głosujący za granicą, a spośród wyborców krajowych mieszkańcy największych miast – Warszawy, Krakowa i Gdańska (rekordy frekwencji padły w suburbiach: Sopocie i Podkowie Leśnej). Na przykład Suwałki, mimo, że są niemal dwa razy większą miejscowością niż Sopot, miały od tej drugiej mniejszy wpływ na obsadzenie miejsc w PE (oddano o ponad 2000 głosów mniej). Sposób przyznawania mandatów dodaje do tego jeszcze tipping point. Weźmy prosty przykład – dlaczego okręg gorzowski (ze Szczecinem) obsadził w 2009 r. 4 mandaty, a olsztyński (z Białymstokiem) tylko 2? Liczba oddanych głosów była zbliżona – w pierwszym 442 tys., w drugim 417 tys. Jest to różnica rzędu 5%. W metodzie Hare’a-Niemeyera, którą dzielone są mandaty, idzie o porównanie reszt. Z tego względu lepszy wynik PO i SLD w okręgu gorzowskim zapewnił tym partiom „bonusowe” mandaty względem okręgu olsztyńskiego. Reszta związana z wyższym wynikiem PiS w tym ostatnim nie była natomiast wystarczająco wysoka, by obsadzić tu dodatkowy fotel (mandat powędrował więc do innego regionu). A więc nie idąc do wyborów dzielimy niejako własny głos między kandydatów w pozostałych okręgach (absencja wyborcza w praktyce oznacza przecież tyle, co rozdzielenie swego głosu po równo między wszystkie komitety).

Efekt ordynacji

Obecna ordynacja w praktyce zachęca do głosowania na największe partie, dodając do standardowej motywacji (niechęć do „marnowania” głosu) również taką, że głos oddany na słabszą partię zmniejsza również szansę na obsadzenie fotela w PE przez wyborców we własnym makroregionie. Nic więc dziwnego, że partie obsadzają najwyższe miejsca list w taki, a nie inny sposób – głównie „politycznymi celebrytami”, a nie politykami lokalnymi. Obecna formuła wyborów po prostu nie sprzyja reprezentacji regionalnej. Dobrym rozwiązaniem mogłoby być zastosowanie 51 okręgów jednomandatowych, wówczas kandydaci zmuszeni byliby do rozliczania się ze swoich działań w PE przed lokalnym wyborcą (co wcale nie oznacza, że w PE musieliby działać na rzecz interesu regionalnego). Choć nie jestem zwolennikiem wprowadzania ordynacji większościowej do wyborów do Sejmu (powinien zajmować się bardziej sprawami ogólnokrajowymi, niż regionalną grą interesów), to w przypadku wyborów europejskich mogłoby się to dobrze sprawdzić. Wzrosłaby z pewnością frekwencja wyborcza, zwiększyłaby się odpowiedzialność inkumbenta przed wyborcami, a nie musiałoby to wcale oznaczać absolutnej dominacji modelu dwubiegunowego, zwłaszcza gdyby kandydaci występowali oficjalnie jako przedstawiciele poszczególnych frakcji PE (a nie tylko krajowych partii). Również rozwiązanie zgoła odwrotne – głosowanie na listy ogólnokrajowe (tak jak się to dzieje w większości państw UE) wydaje się sensowniejsze (choć z innych powodów), niż obecna ordynacja.

Kliknij, żeby zobaczyć całą infografikę

Wybory do PE – reguły w 28 krajach (kliknij, żeby zobaczyć całą infografikę)

Czym kierować się przy wyborze?

Tak jak w innych wyborach, głosujący będą kierowali się przede wszystkim swoimi tzw. sympatiami, czyli pozytywnymi i negatywnymi uprzedzeniami. Teorie zachowań wyborczych oparte na paradygmacie RCT (rational choice theory) kładą z kolei nacisk na tzw. issue voting, czyli głosowanie problemowe (należą do nich modele głosowania portfelowego, retrospektywnego, kierunkowego). Empirycznie wyjaśniają one zazwyczaj tylko część zachowań wyborczych, ponieważ zakładają wzajemne poszukiwanie się pomiędzy racjonalnymi preferencjami głosującego a realnym programem kandydatów (często natomiast albo to pierwsze albo to drugie jest rzeczą wirtualną). Jednym ze sposobów sprawdzenia takiej zbieżności jest skorzystanie z „Latarnika wyborczego” (http://www.latarnikwyborczy.pl/), a innym lektura wypowiedzi kandydatów (dwa największe dzienniki opiniotwórcze, Rzeczpospolita i Gazeta Wyborcza, publikują rodzaj sondażu a rebours, czyli odpowiednio „Ankietę” oraz „Kwestionariusz„).

Niektórzy twierdzą, że lepiej niż zapoznawać się z obietnicami przedwyborczymi spojrzeć na to, jak w ostatnich latach głosowali w PE poszczególni kandydaci. Takie podejście daje niestety słabe rezultaty. Po pierwsze dlatego, że zawęża to informację zwrotną do tych, którzy już w PE zasiadali. Po drugie dlatego, że europarlamentarzyści w najważniejszych sprawach głosują zgodnie z perspektywą własnego kraju albo zgodnie z linią partyjną (dokładną analizę publikuje ISP: http://www.isp.org.pl/publikacje,1,806.html). Informacja o dotychczasowym sposobie głosowania kandydata pozwala zatem wywnioskować: (a) jaki jest jego kraj pochodzenia (tu mamy zerową wariancję), (b) jaka jest jego przynależność partyjna (są łatwiejsze sposoby by to sprawdzić).

Być może warto natomiast przyjrzeć się dokładniej jaki jest skład poszczególnych frakcji w PE (i jakie były ich dotychczasowe i obecne stanowiska w różnych sprawach), a także sprawdzić, do jakiej frakcji zamierza przyłączyć się reprezentacja określonej rodzimej partii.

Siła mandatu

W dwóch dotychczasowych wyborach do Europarlamentu frekwencja wyniosła w Polsce 20,9% (2004) i 24,5% (2009). Nawet na tle frekwencji w wyborach do parlamentu krajowego wskaźnik ten jest niezwykle niski. Gdyby chodziło o wynik referendum lokalnego, w większości przypadków taki poziom udziału obywateli sprawiałby, że wynik nie byłby wiążący. W pewnym sensie dotychczasowe decyzje polskiego społeczeństwa dawały bardzo słabą legitymację polskim europarlamentarzystom. Polityka europejska mogła być traktowana przez społeczeństwo jako „niewiążąca” – nie na poziomie legalistycznym, ale na poziomie obywatelskim, czyli demokratycznej odpowiedzialności za decyzje. Wielkość frekwencji może mieć pewne znaczenie psychologiczne, przede wszystkim dla naszych przyszłych reprezentantów w PE (ich koledzy z innych państw na ogół mają silniejszy mandat).

I to tyle. Teraz idź lub nie idź głosować.

Czy internetowe „lajki” mają znaczenie?

Kwestia tego, jakie znaczenie mają „lajki” i inne formy wyrażania opinii w sieci jest  często traktowana ambiwalentnie. Ukuto nawet termin „kliktywizm” (clicktivism) dla tej formy płytkiego aktywizmu obywatelskiego. W Internecie łatwo znaleźć także memy w tym duchu (zob. poniżej). Kliktywizm łatwo scharakteryzować w kategoriach procesów opisywanych przez Roberta Putnama w jego głośnej książce „Bowling Alone” (dzisiejsze zaangażowanie obywatelskie w USA ma jego zdaniem powierzchowny charakter, a sektor obywatelski pozostawiony został aktywistom „sprofesjonalizowanym”).

Czy "lajk" może uratować komuś życie?

Czy „lajk” może uratować komuś życie?

Zostawiając z boku kwestię tego, czy to dobrze, czy źle, że ludzie wyrażają swoją opinię w łatwy i często anonimowy sposób za pośrednictwem Internetu, warto zwrócić uwagę na to, że informacje gromadzone w serwisach społecznościowych można potraktować jako źródło danych socjologicznych i politologicznych. Przykładu dostarcza niepewna i zmieniająca się sytuacja na Ukrainie. Losy niektórych części tego kraju decydują się na podstawie – czy może pod pretekstem – referendum. Przy takim stanie rzeczy opinia, nawet ta powierzchowna i efemeryczna, może mieć geopolityczne znaczenie. W przypadku, gdy inne formy badania opinii są trudne do przeprowadzenia, sensowną ich alternatywną staje się obserwowanie trendów w serwisach społecznościowych. Ciekawą ilustrację znajdziemy na ukraińskim blogu poświęconym wynikom tamtejszych wyborów. Na stronie http://statistika.in.ua/vk/pislyamaidan zamieszczona została interaktywna mapa, która pokazuje ilu użytkowników z określonej miejscowości „polubiło” profil „Euromajdanu” lub „Antymajdanu”.

Mapa, sporządzona przy pomocy serwisu Google, przedstawia liczbę „lajków”, które zostały w poszczególnych miejscowościach przyznane przez użytkowników bądź to profilowi „Euromajdanu” (kolor czerwony), bądź profilowi „Antymajdanu” (kolor granatowy) w serwisie VKontakte (rosyjski odpowiednik Facebooka). Biały kolor oznacza względną równowagę zwolenników i przeciwników Majdanu, natomiast odcienie pośrednie świadczą o stopniu przewagi określonej strony. We Lwowie 99% użytkowników opowiedziało się za pierwszym, z kolei w Doniecku 78% za drugim. Ukraińscy komentatorzy twierdzą, że istnieją dziś nie dwie, ale trzy Ukrainy, powołując się właśnie na fakt, że obok jednoznacznie prozachodniego Centrum i Zachodu oraz względnie prorosyjskiego Donbasu i Krymu (Wschód), istnieje umiarkowanie prozachodni Połdniowy-Wschód. Co najważniejsze  – obserwacje wywiedzione z danych portalu społecznościowego potwierdzają mapy dotyczące proporcji grup etniczno-językowych oraz wyniki badań sondażowych (np. http://zn.ua/UKRAINE/mneniya-i-vzglyady-zhiteley-yugo-vostoka-ukrainy-aprel-2014-143598_.html). Z tych ostatnich dowiadujemy się, że o ile legalność rządu Jaceniuka uznaje 57% mieszkańców obwodu mikołajewskiego, o tyle już tylko 17% donieckiego i ługańskiego. W pozostałych obwodach wygląda to tak: chersoński 50%, dniepropietrowski 48%, odeski 41%, zaporożski 35%, charkowski 33%. Wziąwszy pod uwagę wariancję „braków zdania” (od 11% do aż 25%), wyniki dosyć wyraźnie korespondują z danymi, które widać na mapie internetowych „lajków”.

Warto rozważyć co może stanąć na przeszkodzie traktowania „kliktywizmu” jako źródła danych o nastrojach społecznych. Zrobię to w kontekście trzech podstawowych kryteriów, jakie musi spełnić rzetelne badanie socjologiczne (zob. http://www.spoleczenstwo.pl/pliki/sondaze-ISadowski.pdf).

(1) Najpoważniejszym problemem jest autoselekcja – populacja użytkowników może się wyraźnie różnić od reszty populacji. Zazwyczaj chodzi o wiek i kategorie dotknięte cyfrowym wykluczeniem. Warto jednak zauważyć, że problem autoselekcji jest tym poważniejszy, im bardziej hermetyczna jest podnoszona kwestia i mniej popularny portal będący źródłem danych. Jeśli mamy do czynienia z portalem „masowym”, a analizowana kwestia dotyka jakoś jego wszystkich użytkowników (i mobilizuje do zajęcia stanowiska), wówczas wypaczenie związane z autoselekcją staje się mniejsze. O opiniach osób starszych i tych, które nie korzystają z Internetu możemy wnioskować na podstawie tego, jak klikają młodsi członkowie ich rodzin. Dzieje się tak zwłaszcza w sytuacji (ewidentnej na zamieszczonej mapie) dyfuzji poglądów.

(2) Wiarygodność opinii. W sytuacji, gdy opinia nie jest wyrażana anonimowo, a przede wszystkim jest ona wypowiadana wobec własnych znajomych, a nie np. ankietera, jej wiarygodność należy ocenić na nie mniejszą niż w przypadku sondażu. Skłonny jestem twierdzić, że z socjologicznego punktu widzenia deklaracje polityczne na fb są nawet bardziej znaczącą formą artykulacji, niż odpowiedź na pytania w traktowanym jako poufny wywiadzie.

(3) Interpretacja wskaźnika. Interpretacja „lajku” jest niekiedy trudniejsza niż w przypadku pytania sondażowego. Niektórzy użytkownicy VKontakte mogli „polubić” określony profil tylko po to, by śledzić informacje, które są tam zamieszczane (a więc z ciekawości, a nie jako wyraz poparcia). Często jest to wybór porównywalny z tym, którego dokonujemy kupując określoną gazetę. Choć więc można mieć pod tym względem pewne zastrzeżenia, nie stanowi to poważnego zagrożenia dla formułowanych wniosków w sytuacji, o której tu akurat mowa. Przy napiętej sytuacji politycznej wybór mediów jest silnie skorelowany z wyborem światopoglądowym.

PS. Innej interesującej ilustracji podziału na Ukrainie dostarcza mapa tzw. Leninopadu (goo.gl/UqSYQn).

Orientacje geopolityczne na Ukrainie

Ukraińska Prawda opublikowała dziś wyniki najnowszego sondażu dotyczącego geopolitycznych orientacji ukraińskiego społeczeństwa (http://www.pravda.com.ua/news/2014/04/5/7021480/). Sondaż przeprowadzono w drugiej połowie marca 2014 na próbie 1200 osób. Co ciekawe – gazeta twierdzi, że badanie objęło wszystkie regiony – w tym Krym, należy więc domniemywać, że był to sondaż telefoniczny.

Postanowiłem zilustrować wyniki za pomocą pakietu ggplot2. Załączony wykres dobitnie pokazuje jak głęboko spolaryzowane są sympatie na Ukrainie i jak skomplikowana jest w związku z tym wewnętrzna sytuacja polityczna. Globalnie odnotowany został wzrost orientacji na integrację z Unią Europejską. W sierpniu 2012 jedynie co trzeci mieszkaniec Ukrainy deklarował, że w referendum zagłosowałby za akcesją do UE, zaś obecnie odsetek ten wynosi 53% (za przystąpieniem do Unii Celnej z Rosją chciałoby głosować 28% badanych). Jak liczna była podpróbka krymska i jak wyglądałyby wyniki, gdyby ją pominąć, gazeta niestety nie informuje.

Kliknij, by powiększyć

Kliknij, by powiększyć