Archiwa tagu: Polska

Rynek badawczy w Polsce

OFBOR opublikował ciekawą infografikę na temat rynku badawczego w Polsce. Każdy, kto interesuje się branżą badań społecznych znajdzie tu parę ciekawostek.

Jedna trzecia rynku należy dziś do grupy kapitałowej Kantar (Millward Brown SMG/KRC, TNS Polska – dawniej Pentor i OBOP), a dalsze 28 do grupy Nielsen (AC, AGB). Zwłaszcza ta druga zanotowała wyraźny wzrost – o 7 punktów procentowych w porównaniu z rokiem 2010. Pozostałe dwie wielkie grupy badawcze mają w Polsce znacznie mniejszy udział w przychodach branży: Gfk 13%, a IPSOS 9%. Największa polska firma (PBS) odpowiada za niespełna 5% wyników finansowych sektora.

Warto przy tym pamiętać, że branża badawcza nie stanowi stanowi znaczącej (w kategoriach finansowych) gałęzi gospodarki – gdyby jej przychody jako całości potraktować jako przychody jednej firmy, to firma taka nie zmieściłaby się wśród 300 największych przedsiębiorstw w naszym kraju. Przychody tego rzędu uzyskują firmy jak telekomunikacyjna Vectra, biuro turystyczne Rainbow Tours czy czekoladowy Wawel.

branza_badawcza_2013_przychody

Kliknij, aby powiększyć

Liczba urzędników w Polsce 1981-2011

Spośród niespełna 16 mln pracujących Polaków, prawie 4 mln zatrudnionych jest w sektorze publicznym. Największy udział w tej liczbie mają: edukacja (ponad 1 mln), administracja, ochrona zdrowia (z niewiadomych powodów liczona przez GUS łącznie z pomocą społeczną) oraz szeroko pojęte służby mundurowe (w tej kolejności). W kontekście oceny działania państwa najwięcej emocji budzi prawdopodobnie druga z tych pozycji, ponieważ korpus urzędniczy traktowany jest na ogół jako bezpośrednie vis-a-vis (czy wręcz nemesis) sektora gospodarki rynkowej. W prasie ukazują się co pewien czas zestawienia pokazujące wzrost liczby zatrudnionych w administracji, służący jako przypomnienie, że wbrew obietnicom wszystkich kolejnych rządów państwo zamiast odchudzać się w poszukiwaniu większej sprawności (czy może odwrotnie – usprawniać się by schudnąć), nieustannie tyje i łapie zadyszkę.

Dynamika wzrostu liczby urzędników w postaci zagregowanej mało  jednak mówi o procesach, które faktycznie za tym stoją. Dlatego postanowiliśmy przedstawić je w podziale na kilka najważniejszych elementów – przede wszystkim rozdzielając administrację centralną od samorządowej – rozwój samorządu był w końcu jedną z zasadniczych składową transformacji państwa po 1989 roku.

Tym razem zamiast z Alicją pracowałem z Radkiem, zapewne jednym z nielicznych fanów R w środowisku historyków. Postawiliśmy sobie zadanie stworzenia spójnej, syntetycznej wizualizacji wzrostu zatrudnienia w administracji na przestrzeni trzech dekad. Szeroka zakładka na czasy PRLu w interesujący sposób rozszerza kontekst (i legitymizuje udział historyka). Do przygotowania zestawienia wspólnie spisaliśmy dane z roczników, ale wykresy zrobiliśmy niezależnie, by porównać różne „szkoły” kompresji informacji na wykresie. Rezultaty widać poniżej.

Wykres 1. (mój), kliknij aby powiększyćUrzędnicy

Wykres 2. (Radka), kliknij aby powiększyćurzednicyP

Jak dobrze wiadomo, w zasadzie w całym okresie potransformacyjnym notujemy stały wzrost kadr administracji publicznej. Po dezagregacji tego trendu można pokusić się o kilka szczegółowych spostrzeżeń.

Po pierwsze nie może dziwić fakt szybkiego wzrostu administracji samorządowej po roku 1991. Po krótkim „wietrzeniu” nastąpiła rekonstrukcja urzędów gmin i miast, następująca równolegle do rosnącej liczby obowiązków lokalnej administracji. Do dziś trend ten utrzymuje się, a obok przekazywania dawnych zadań państwowych w dół, w jego umocnieniu pewną rolę odgrywają zapewne różne meandry lokalnej polityki (synekury jako waluta polityczna).

Po drugie mimo równoległego, szybkiego rozrostu kompetencyjno-kadrowego samorządów, w latach 1990-1998 można było obserwować dramatyczny wzrost liczby osób zatrudnionych w centralnych organach administracji. Oczywiście po części związane to musiało być z nowymi zadaniami, choćby skarbowymi, ale z drugiej strony Polska przechodziła przecież od „ręcznego sterowania” (gospodarki planowej) do rynku, co – przynajmniej w teorii – powinno wymagać mniejszej obsługi administracyjnej. Warto zapewne przyjrzeć się temu wszystkiemu bliżej, ale na gorąco postawiliśmy z Radkiem dwie hipotezy: (a) dla lat 80-ych nie jest ujęta liczebność administracji partyjnej (np. zatrudnionej w komitetach wojewódzkich), która wykonywała pewne zadania (przede wszystkim te czysto polityczne), (b) jedną z metod łagodnego „przejmowania” państwa po 1989 roku było zatrudnianie równoległej administracji, lojalnej wobec polityków dawnej opozycji demokratycznej. Trend ten jednak nie zatrzymuje się w roku 1993, wraz z przejęciem władzy przez koalicję SLD-PSL, ale jest kontynuowany aż do czasów rządu Buzka.

Po trzecie wskutek reformy samorządowej wielkość administracji centralnej zaczęła spadać. Trwało to jednak jedynie do końca rządów koalicji AWS-UW, później powraca trend wzrostowy, tak, że liczba urzędników w instytucjach centralnych już w 2007 roku przekroczyła tę sprzed decentralizacji i wciąż rosła, przekraczając w 2009 roku liczbę 130 tys. W sensie czysto kadrowym decentralizacja Polski była więc efektem bardzo krótkotrwałym.

Trudno jest oczywiście udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to, jak licznej obsady kadrowej potrzebuje państwo takie jak Polska. Od czasu reformy samorządowej jej wzrost w coraz mniejszym stopniu określany jest zresztą odgórnie – samorządy różnych szczebli zatrudniają wedle własnych potrzeb i środków. Administracja mniejszych gmin i miast to już kategoria prawie tak liczebna jak administracja centralna, a samorząd wojewódzki dawno już wyprzedził pod tym względem Urzędy Wojewódzkie. Żądania „oszczędniejszego państwa” będą musiały być coraz częściej – wbrew temu co piszą gazety – adresowane do włodarzy lokalnych, a nie rządu.

PS. Przyglądając się wykresom warto mieć na względzie, że zmiany obserwowane z roku na rok mogą być efektem nie tylko zmian stanu etatowego i struktury organizacyjnej państwa, ale również zmian klasyfikacji GUS. Mocniejsze i bardziej szczegółowe wnioski wymagałyby dalszej dezagregacji danych.

Skuteczność zdobywania grantów NCN

Od kilku lat przyznawaniem grantów polskim naukowcom zajmuje się NCN (wcześniej robiło to MNiSW). Na podstawie udostępnionych przez tę instytucję danych postanowiliśmy sprawdzić, które spośród największych polskich uczelni są najbardziej
skuteczne w ich pozyskiwaniu.

Wykres przedstawia ranking skuteczności rozumianej jako stosunek liczby grantów złożonych do uzyskanych we wszystkich konkursach w 2013 roku. Najbardziej skuteczny – co nie jest wielkim zaskoczeniem – okazał się Uniwersytet Warszawski, którego 40% złożonych grantów zyskało finansowanie. Na drugim i trzecim miejscu znalazły się: Uniwersytet Wrocławski i Jagielloński, w przypadku których co trzeci wniosek grantowy mógł zostać zrealizowany. Na dole rankingu znalazły się mniejsze uczelnie, z mniejszymi tradycjami, takie jak Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie, Uniwersytet Opolski i Zielonogórski. Tylko około co dziesiąty grant z tej trójki zyskał dotację.

skuteczność
Różnice pod względem prawdopodobieństwa uzyskania grantu są jak widać spore, co w części wynika niewątpliwie z jakości składanych wniosków, jednak nie tylko. Konkursy biorą bowiem pod uwagę samą renomę uczelni i jej jednostek, częściowo formalnie i wprost – poprzez kryterium potencjałowe. Można się rzecz jasna domyślać, że także pośrednio i nieformalnie – poprzez idiosynkrazje recenzentów i ekspertów.

Jednocześnie uczelnie przyjmują zróżnicowane strategie starania się o granty. Są takie uczelnie, które składają relatywnie dużo wniosków w stosunku do pracowników, ale mają bardzo niską skuteczność. Taką uczelnią była na przykład „Wyższa Szkoła Finansów i Zarządzania w Warszawie”, która złożyła 31 wniosków, a uzyskała 1 grant. Z drugiej strony są też takie instytucje, jak np. Instytut Nauk Ekonomicznych PAN, który złożył tylko jeden wniosek, ale w konsekwencji jednostka uzyskała 100% skuteczności. Wśród instytucji, które składają większą liczbę wniosków największą skutecznością pochwalić się mogą instytuty nauk ścisłych PAN: Instytut Chemii Organicznej PAN złożył 18 wniosków, a uzyskał 15 grantów, a Instytut Paleobiologii PAN złożył 10, a uzyskał 8.

Wykres 2. pokazuje zależność między liczbą składanych wniosków a liczbą sukcesów. Jest ona silna, choć lekko S-kształtna. W 2013 roku krakowski UJ złożył najwięcej grantów (872 wnioski), ale pod względem skuteczności jest dopiero na trzecim miejscu. Fakt ten mógłby bronić ulokowany w Krakowie NCN przed zarzutem stronniczości (z tą oceną przez chwilę się wstrzymajmy). Wykres wydaje się zresztą przekonywać, że wśród 25 wziętych pod uwagę uczelni trudno dostrzec jednoznaczne symptomy  dyskryminacji. Uczelnie składają wnioski stosownie do swojego aktualnego potencjału. Jeśli go wyraźnie przekraczają, mogą się liczyć z mniejszą średnią skutecznością albo – przy odrobinie szczęścia – z większą pulą uzyskanych środków. Wydaje się zatem, że w tej specyficznej „grze hazardowej” wypada fortunie dawać przynajmniej szansę – „kupować losy”. Liczy się w bowiem zarówno jakość, jak ilość. Jednocześnie stosunek nakładów (na złożenie wniosku) do korzyści (jakie uzyskuje badacz i jego uczelnia) powinien być jednoznaczną zachętą do pracy nad projektami badawczymi.

Tak się jednak nie dzieje. Nie dysponujemy kompletnymi danymi na temat liczby pracowników poszczególnych uniwersytetów, ale łatwo dać wybiórczą ilustrację. UJ ma co prawda 3 razy więcej pracowników niż UwB, ale jednocześnie składa 10 razy więcej wniosków; UMK ma o jedną trzecią pracowników mniej niż UW, ale składa prawie 3 razy mniej wniosków. Dlaczego tak się dzieje? Pierwsza prawdopodobna odpowiedź dotyczy tego, w jakim stopniu pracownicy definiują swoją rolę jako naukowca, a w jakim jako nauczyciela. Niestety taka definicja sytuacji utrwalana jest przez instytucjonalną konstrukcję systemu finansowania uczelni (pieniądze idą głównie za studentem, a nie za jakością badań). Drugie wyjaśnienie mówi, że pracownicy słabszych uczelni składają względnie mało wniosków, ponieważ są przekonani o mniejszych szansach sukcesu. Wykres 1. pokazał, że są ku temu podstawy, jednak warto zwrócić uwagę na to, że dysproporcje skuteczności są znacznie mniejsze niż dysproporcje podjętych prób.

 

scatterJest jeszcze jedna rzecz, która liczy się może najbardziej – suma, na jaką projekt opiewa. Z punktu widzenia uczelni (konsumowanych kosztów pośrednich) jest to niewątpliwie statystyka ważniejsza, niż sama liczba realizowanych projektów. Wykres 3. ujmuje łączną kwotę finansowania uzyskaną przez 40 kluczowych polskich uczelni. Kształt rozkładu nie pozostawia wątpliwości, że różnice są bardzo duże. W ramach prezentowanego zestawienia 10% najskuteczniejszych uczelni konsumuje ponad połowę środków. Co ciekawe UJ wypada w tym zestawieniu lepiej niż UW, a zatem mimo nieco mniejszej liczby uzyskanych grantów uzyskał największe ogólne korzyści.

ncnWykres nie pozostawia złudzeń – pod względem skali prowadzonych badań w Polsce jest kilka osobnych klas uczelni. Do pierwszej nalezą tylko UJ i UW. Do drugiej UAM i UWr. Dalszy podział staje się coraz bardziej płynny, ale także ma coraz mniejszy sens – udział środków grantowych w całkowitym budżecie uczelni staje się po prostu (w większości przypadków) mało znaczący.

Imię dla dziewczynki

MSW udostępniło dane dotyczące najczęściej nadawanych w Polsce imion. W odróżnieniu od wcześniej publikowanych rocznych sprawozdań, obejmują one całkiem spory okres – od 1994 do 2013 roku. W Polsce był to czas głębokich przemian w polityce i gospodarce, ale jak się okazuje również w kwestii nadawanych imion dochodziło do małych rewolucji. Można domyślać się, że sprzyjało mi otwarcie na Zachód w latach 90., a potem różnego rodzaju mody napędzane przez media.

Zmiany w wyborze imion córek zachodzące w latach 90. można z grubsza wyjaśnić „efektem nowości”. Takie imiona, jak Karolina czy Paulina zyskały ogromną popularność na początku lat 90., kiedy można było je usłyszeć prawie tak samo często, jak tradycyjne Anna i Katarzyna. Był to czas kiedy częściej wybierane było również imię Paula – może od popularnej wówczas piosenkarki Pauli Abdul?

Niestety bez danych dla wcześniejszego okresu nie sposób odpowiedzieć, jak dokładnie kształtował się trend ich popularności – wiadomo jednak, że traciły ją szybko w kolejnych latach. Ania, w odróżnieniu od Katarzyny, odbiła się nieco od tej spadkowej tendencji na początku XXI wieku (podobnie w przypadku Karoliny).

w_drop

Kolejne lata to czas odkrywania nowych, niepopularnych dotychczas imion. Nieco spekulując można powiedzieć, że moda na nadawanie nietypowych imion była w tym czasie symptomem rosnącego poczucia indywidualizmu. Kapitalizm, który na dobre zaczął się w Polsce zakorzeniać w pierwszej dekadzie lat 2000. docenia przecież wyjątkowość, „znaki szczególne”, które zastępują typowe dla poprzedniej epoki ujednolicenia.

Paradoks polegał jednak na tym, że te „nowe” imiona szybko stawały się masowe. Co więcej były czasem inspirowane masowymi mediami. Było tak na przykład z Amelią. Film pod tym samym tytułem, którego premiera odbyła się w 2001 roku, zainspirował całkiem sporą część przyszłych rodziców do nazwania córki imieniem dobrodusznej Francuzki. Być może było tak również z Leną – któż nie chciałby mieć córki, która choćby trochę będzie przypominała serialową ambitną lekarkę, specjalistkę w zakresie chirurgii, pracującą w szpitalu w Leśnej Górze!? W obu przypadkach po pewnym okresie „oswojenia” popularność tych imion zmalała. Innym trendem jest powrót do tradycyjnych imion, czego ilustracją jest sukces imienia Hanna i Zofia.

up

„Cykl życia” imion nie zawsze jest tak krótki, jak w przypadku Amelii. Takie imiona jak Zuzanna, a szczególnie Julia długo utrzymywały się na fali popularności zanim zaczęły stopniowo odchodzić w cień. Popularność imienia Wiktoria wydaje się korespondować z okresem popularności Spice Girls i późniejszej ekspozycji w mediach rodziny Beckhamów.

w_julia

Warto samodzielnie poszukać w tych danych kolejnych prawidłowości.

Tutaj są wykorzystane we wpisie dane do R oraz kody do powyższych wykresów.