Archiwa tagu: Trendy

Dwa demograficzne mity

The Economist opublikował niedawno daily chart, którego tytuł w kontekście panujących nastrojów społecznych brzmi jak prowokacja: Why Europe needs more migrants. Każdy kto zna „Ekonomistę” wie jednak, że to pismo reprezentujące trzeźwy, ekonomiczny racjonalizm w opozycji do wszelkich ideologicznych idiosynkrazji, więc jeśli prowokuje, to przede wszystkim do myślenia.

Choć o sytuacji demograficznej już pisaliśmy, i to dosyć obszernie, na moment wracam więc do tego tematu. Trudno oprzeć się bowiem wrażeniu, że ktokolwiek się nim zajmuje w debacie publicznej – od rządzących po Make Life Harder – myślenie to jest obciążone: (a) fiksacją na dzietności, (b) marginalizacją ekonomicznej roli imigracji. Zrekapituluję krótko te dwa błędne mniemania.

„Mit dzietności” zakłada, że (1) wyższa dzietność może samodzielnie rozwiązać problemy demograficzne współczesnej Polski, a także, że (2) zapewnienie zastępowalności pokoleniowej jest dziś w Polsce realne. Aby najprościej wyjaśnić na czym polega mylność tych przekonań zacznijmy od możliwie najprostszej ilustracji – sztafety pokoleń. Na wykresie poniżej przedstawione zostały liczebności 10-letnich kohort wiekowych współczesnych Polek (dane GUS z VI 2017). Ograniczymy się do kobiet, ponieważ to właśnie ich bezpośrednio dotyczą statystyki dzietności. Przeciętny wiek urodzenia dziecka to obecnie 29 lat. Przyjmując kilka interpretacyjnych uproszczeń możemy więc spojrzeć na te kohorty jako na sekwencję grup matek i córek oddzielonych od siebie interwałem 30 lat. Takiej interpretacji można postawić szereg słusznych zastrzeżeń1, ale mimo wszystko będzie to wystarczające przybliżenie realnych prawidłowości.

Wielkość kohort demograficznych w populacji współczesnych Polek (stan na 30 VI 2017 wg GUS)

Do oznaczenia na wykresie poszczególnych „sztafet pokoleniowych” użyłem osobnych palet kolorystycznych. Kobiety w wieku 60-69 lat to „kohorta matek” dla kobiet w wieku 30-39 lat, te z kolei to „statystyczne matki” dziewczynek w wieku 0-9 lat. Analogiczną relację możemy zdefiniować dla dzisiejszych pięćdziesięcio- i dwudziestolatek, a także dla czterdziesto- i nastolatek.

Co widzimy na wykresie? Jeśli porównamy kohortę 60-69 z ich „córkami”, to widać, że kobiety urodzone tuż po II wojnie światowej wydały na świat przeciętnie więcej niż jedną córkę. Nie zmienia tego nawet wzięcie pod uwagę rosnącej śmiertelności kobiet po 50-tce – owe „ubytki” skompensowane są szarą „czapką” na dwóch ostatnich słupkach (śmiertelność młodszych kobiet jest niska, została więc pominięta). Dla kolejnych grup wiekowych ta tendencja wyraźnie się zmienia. Córki kobiet w wieku 50-59 lat, czyli dzisiejsze 20-latki, są mniej liczne niż ich matki. Dramatyczny spadek zaczyna się jednak dopiero w kolejnych grupach. Sukcesję ponad 3 milionom dzisiejszych 30-latek zapewnia zaledwie 2 miliony dziewczynek poniżej 10 roku życia.

Co z tego wynika? Po pierwsze trzeba rozumieć, że żaden ze słupków nie powiększy się już samym ruchem naturalnym. Dzisiejsza kohorta nastolatek nie zrobi się większa niż 2 miliony. Niezależnie więc od wskaźnika liczby urodzeń, nie zwiększy się liczba przyszłych matek. Nawet gdyby trend niskiej dzietności został kompletnie zatrzymany, nie ma powrotu do liczebności Polek z wyżu lat 1980-ych.

Ale czy ten trend można zatrzymać? Współczynnik dzietności (przeciętna liczba dzieci przypadających na kobietę w wieku rozrodczym) wynosi w Polsce niewiele ponad 1,3 (czyli statystycznie każda matka ma ok. 2/3 córki). To bardzo mało, ale w Europie jedynie dwa kraje balansują na poziomie odtwarzalności pokoleń, czyli mają ten współczynnik na poziomie około 2, są to Francja i Irlandia. Przypomnijmy jednak – jest to poziom odtwarzalności, a nie przyrostu, więc dylemat dotyczy samego utrzymania liczebności tych najmniej licznych kohort (sic!). Co więcej, takiej energii w płodzeniu dzieci nie obserwujemy nigdzie na wschód od Renu, a my wypadamy pod tym względem blado nawet na tle samych sąsiadów (zob. interaktywny wykres na Google).

Aby osiągnąć przeciętną dzietność na poziomie 2 – której Polska w ogóle nie notowała od 1991 roku – kobiety musiałyby rodzić w wyraźnie młodszym wieku i w związku z tym masowo rezygnować z innych życiowych planów. Nie chodzi nawet o realizację marzeń o karierze na szczytach władzy i bogactwa, czy o podróży dookoła świata, ale o rzeczy znacznie bardziej rudymentarne, takie jak studia. Przypomnijmy, że współczynnik skolaryzacji brutto na poziomie szkolnictwa wyższego wynosił na początku lat 1990-ych niewiele ponad 10%, ale w 2010 roku przekroczył 50%. Już sama masowość studiów wyższych przesuwa większość decyzji prokreacyjnych na okres po 25. roku życia. Do pewnych rzeczy po prostu nie ma powrotu, chyba, że w scenariuszu Handmaid’s Tale.

Warto także pamiętać, że programy child benefit, analogiczne do 500+, posiada większość państw europejskich, więc ze względu na konwergencję tak instytucji, jak stylów życia względnie bezpieczne wydaje się założenie, że dzietność w Polsce może w nadchodzących latach wzrosnąć, ale co najwyżej do poziomu 1,5-2,0. W najbardziej optymistycznym z tych scenariuszy (i biorąc na razie w nawias migracje) za 40 lat wykres „sztafety matek i córek” wyglądałby mniej więcej tak jak na wykresie poniżej2. Czarne obrysy oddają wielkość kohort z pierwszego wykresu, czyli tych dzisiejszych. Globalnie oznacza to spadek populacji o około 28% (przypomnijmy – to wersja optymistyczna!). Ale – i to jest szczególnie uderzające – w wersji „pesymistycznej” (czyli przy współczynniku dzietności na obecnym poziomie 1,3), sprawa przedstawia się w zasadzie niewiele gorzej – spadek wyniesie 33%. Jak widać optymizm i pesymizm w sprawie dzietności niewiele się różnią – konik i tak już uciekł. Wyższy współczynnik urodzeń w ogólnym rozrachunku może nieco poprawić sytuację demograficzną, ale fiksowanie się na dzietności jako rozwiązaniu problemu starzenia się społeczeństwa jest nieracjonalne.

„Sztafeta demograficzna” z poprzedniego wykresu za 40 lat przy założeniu o rosnącej dzietności.

Przejdźmy zatem do kwestii imigracji. W dobie kryzysu migracyjnego jest to sprawa drażliwa, ponieważ została spleciona z gorącymi wątkami politycznymi, w tym z lękami o bezpieczeństwo i tożsamość. Jednak niezależnie od towarzyszących jej emocji warto patrzeć na nią trzeźwo – system emerytalny potrzebuje czynnych zawodowo, a rozwijająca się gospodarka – rąk do pracy. Jest jasne, że firmy będą poszukiwały pracowników nawet jeśli rodzima podaż się wyczerpie. Presja popytu na pracownika odczuwana jest na razie głównie w postaci rekordowo niskiego poziomu bezrobocia, ale gospodarka już od dawna „zasysa” też pracowników z zagranicy.

Kwestię emigracji i imigracji zarobkowej, jak wszystkie inne zjawiska ekonomiczne, wypada rozpatrywać w kategoriach podaży i popytu. Patrząc na dane GUS dotyczące ruchów ludnościowych do i z Polski widzimy, że wciąż więcej osób wyjeżdża, niż przyjeżdża. Poniższy wykres pokazuje migracje na stałe, czyli (wg GUS) na co najmniej 12 miesięcy. Czarna ramka pokazuje ubytki ludnościowe, zaś czerwone wypełnienie – stopień ich bieżącego uzupełniania przez przybyszy z zagranicy. Są to jedynie przybliżenia i nie uwzględniają wszystkich rodzajów przepływów ludnościowych (o tym za chwilę), jednak ta wystandaryzowana miara daje pewne pojęcie o atrakcyjności migracyjnej naszego kraju. W ostatnich latach wciąż więcej ludzi długotrwale opuszczało Polskę, niż do niej na stałe przybywało, choć widać jednocześnie trend zmniejszania się tej różnicy. W odróżnieniu od kwestii przyrostu naturalnego, tu państwo ma realny i dużo bardziej znaczący wpływ na konsekwencje demograficzne – oznacza to, że w odróżnieniu od wykresu ilustrującego odtwarzalność pokoleniową, tu dużo trudniej przewidzieć dalszy trend bez wiedzy o konkretnych decyzjach politycznych. Jednak ze względu na wspomniane kwestie popytowo-podażowe, instytucjonalny wpływ na bilans migracyjny również nie jest nieograniczony.

Stosunek emigracji (czarna ramka) do imigracji (czerwone wypełnienie), dane GUS.

Tu dochodzimy do mitu nr 2. Jest nim przekonanie, że polityka imigracyjna może sprowadzać się do zamknięcia drzwi na osoby spoza Unii Europejskiej (czy szerzej rozumianego Zachodu). Jest tak, ponieważ Polska wraz z Chorwacją, Rumunią i Bułgarią zamyka stawkę, jeśli idzie o poziom życia szeroko rozumianego Zachodu. Sami imigranci również dokonują wyborów, więc obie strony potrafią być swoiście „wybredne”. Jedynie kraje najbardziej zamożne, takie jak Wielka Brytania, USA czy Niemcy mogą regulować napływ imigrantów jedynie przez selekcję negatywną.

Jedna z lansowanych obecnie koncepcji zakłada, że imigrację można skutecznie zastąpić reemigracją i repatriacją, a liczba emigrantów z Polski i osób polskiego pochodzenia jest do tego wystarczająca. Jednak największe zagraniczne społeczności polskie są na Zachodzie (dwa największe ośrodki to USA i Niemcy), więc jest to równoznaczne z oczekiwaniem porzucenia przez ludzi lepiej płatnej pracy i lepszych perspektyw życiowych, jakie oferują im te kraje. Na wschód od Polski największym ośrodkiem jest natomiast Białoruś, ale zamieszkuje tam ok. 300 tys. osób deklarujących polskie pochodzenie, więc nawet przyciągnięcie całej mniejszości polskiej z terenu byłego ZSRR – biorąc w nawias realne możliwości i koszty – miałaby marginalne skutki ekonomiczne (dodajmy, że w okresie 1997-2016 Polska wydała 5908 formalnych wiz repatriacyjnych). Być może niektórzy dopatrują się także szansy w negatywnym rezultacie negocjacji dotyczących Brexitu. Zostawmy jednak różnego rodzaju złudzenia i przyjrzyjmy się faktom.

Realnie rzecz biorąc, doraźne rozwiązanie braku dodatkowych rąk do pracy trafiło się Polsce wyjątkowym zbiegiem okoliczności. To czego nie widzimy na powyższym wykresie to liczna rzesza pracowników przyjeżdżających na krótki okres. Liczbę formalnie wydanych nowych zezwoleń na pracę ilustruje kolejny wykres (poniżej), a trzeba mieć na względzie, że jest ona dużo niższa niż realna liczba pracujących w Polsce Ukraińców3. Począwszy przynajmniej od 2014 roku napływ siły roboczej do Polski jest zatem realnie większy niż odpływ, ponieważ podaż pracy skutecznie „suplementowana” jest masowymi przyjazdami krótkookresowymi z Ukrainy (ponad 80%). Warto w tym kontekście postawić pytanie: kto zastąpiłby tych pracowników, gdyby na Ukrainie panował pokój i kwitła gospodarka?

Liczba cudzoziemców (w tys.), którzy otrzymali pozwolenie na pracę w Polsce, dane GUS.

Dla kogo, poza mieszkańcami pogrążonej w kryzysie i wojnie domowej Ukrainy, Polska jest dziś atrakcyjnym kierunkiem emigracji? Kraje, z których napływ ludzi w ostatnich pięciu latach nasilał się i wynosił więcej niż 1500 osób to: Białoruś, Mołdawia oraz Indie. Wyraźnie osłabł natomiast napływ z Chin (prawie sześciokrotnie w ostatnich 6 latach). Wydaje się jasne, że różnica stopnia rozwoju między krajami musi być wystarczająca, by łączny, relatywny koszt emigracji (w tym ten psychologiczny) był mniejszy niż względne korzyści potencjalnego imigranta. Białoruś ma niższe niż Polska PKB per capita (również to liczone w sile nabywczej), ale leży blisko, więc bezpiecznie można założyć, że wszystkie kraje lepiej od niej rozwinięte nie staną się źródłem napływu pracowników do Polski. Na tej zasadzie możemy bezspornie wykluczyć kraje takie jak Gabon, Meksyk czy Iran. Do tej grupy należy też zapewne Botswana, Tajlandia, Chiny, Brazylia czy Algieria. Jednocześnie mieszkańcy krajów bardziej oddalonych od Polski geograficznie i kulturowo niż Ukraina i Białoruś, ponoszą niewątpliwie znacznie większe koszty takiej migracji.

Jeśli w Polsce istnieją silne idiosynkrazje dotyczące kierunków migracji i możliwości integracji cudzoziemców (a debata publiczna jasno wskazuje, że tak jest), warto postawić klarowne pytanie o to, jak owe preferencje przekładają się na konkretne polityki publiczne. A może liczymy jedynie na kryzysy w nieodległym otoczeniu międzynarodowym?


1. Mediana wieku urodzeń stale zmienia się (rośnie), a jej wariancja jest oczywiście spora, więc część dziewczynek z grupy 0-9 jest w istocie córkami kobiet należących do kohorty 10-19, a inna część – kohorty 50-59. Jednak takie „przesunięcia” i nieregularności dotyczą wszystkich kohort, więc ich efekty w większości znoszą się. Zatem choć nie mamy tu substancjalnie trafnego opisu rzeczywistości, to oddaje on faktycznie wpisane w nią trendy.

2. Zakładam tu stopniowe, liniowe dochodzenie dzietności do poziomu 2.0.

3. Pozwolenia są przedłużane na podstawie oświadczenia pracodawcy, a tych wg UDSC było w 2016 roku 1,26 mln – ta liczba może być z kolei zawyżona w stosunku do realnie pracujących. ZUS podaje liczbę 270 tys. zarejestrowanych Ukraińców.

Dwa wykresy o starzeniu się polskiego społeczeństwa

O starzeniu się społeczeństwa i kryzysie demograficznym dyskutuje się w Polsce już od paru lat, a jedną z ważnych przesłanek stanowią prognozy ludnościowe GUS. Konsekwencje zmian w strukturze demograficznej społeczeństwa są wielorakie, od wpływu na szkolnictwo, przez bilansowanie się systemu emerytalnego, po proporcje opieki nad osobami najmłodszymi i najstarszymi (zarówno w skali sektora usług, jak w indywidualnym budżecie czasu każdego z nas). Zamiast patrzeć wprzód (prognoza), poszukując alternatywnych scenariuszy ludnościowych, postanowiliśmy spojrzeć wstecz i pokazać kwestię starzenia się społeczeństwa w dwóch prostych wykresach ilustrujących wieloletnie trendy.

Pierwszy wykres przedstawia „starzenie się społeczeństwa” w sposób dosłowny – jako wzrastającą w czasie medianę wieku w podziale na płeć. Gdyby ustawić całe społeczeństwo w dwuszeregu – od najmłodszych do najstarszych – to w roku 1950 mężczyzna pośrodku swojego rzędu miałaby 24 lata, a kobieta – 27 lat (ten drugi rząd byłby po prostu wyraźnie dłuższy). W roku 2015 środki tych szeregów wypadały na 38 i 41 roku życia. Co istotne, stabilny trend utrzymuje się od początku lat 70-ych. Zatem mimo, że o problemie demograficznym intensywnie dyskutuje się w Polsce od stosunkowo niedawna, to sytuacja i prognozy nie mogą być jakimkolwiek zaskoczeniem od bardzo dawna. Co również znamienne – cezura roku 1989 praktycznie nie jest na wykresie widoczna (poza okresowym wzrostem różnicy między kobietami i mężczyznami), więc zmiany ustrojowe, gospodarcze i inne nie zapisały się dystynktywnie na procesie starzenia społeczeństwa. Wszystko to dobitnie pokazuje, że kryzys demograficzny nie dopadł Polski znienacka, ogólna tendencja utrzymuje się od ponad 40 lat.

mediana_2

Drugi, równie prosty wykres, daje dodatkowy wgląd w charakter trendu. Widzimy na nim podstawowe komponenty procesu starzenia się społeczeństwa – zmieniającą się proporcję ludzi młodych do ludzi starych. O ile w roku 1950 osoby w wieku 65+ stanowiły zaledwie 5% populacji (na czym ważyły także straty wojenne), to z czasem ich udział stabilnie rośnie (drobne fluktuacje związane są z sekwencją wyżów  i niżów), by w 2015 roku stanowić już 16% społeczeństwa. Według GUS w roku 2050 odsetek ten, w każdym z czterech rozpatrywanych przez demografów scenariuszy, wyniesie ponad 30%. Z kolei dzieci w wieku do 14 lat (czyli tzw. wieku „przedprodukcyjnym”) stanowiły ponad 1/3 wszystkich Polaków w roku 1960 (szczyt okresu „baby boom”), ale z czasem ten odsetek szybko spadał. Okresowa „górka” w latach 80-ych to czas, w którym powojenni „baby-boomerzy” założyli rodziny. Spadek udziału dzieci w społeczeństwie wyhamowuje dopiero mniej więcej w dobie akcesji Polski do UE, co jest w istocie drugim „echem” powojennej eksplozji urodzeń (tym razem to wnuki „baby-boomerów” zakładają rodziny). W zależności od scenariusza GUS przewiduje, że udział osób najmłodszych wyniesie w 2015 roku od 11% do 14%, a więc tak czy owak jeszcze nieco spadnie.

Wykres pokazujący co się dzieje na końcach piramidy populacyjnej dobitnie przekonuje, że prognozy wybiegające o 35 lat wprzód nie są „wróżbiarstwem”, ponieważ podstawową przesłanką stanu ludności w danym momencie jest uprzedni potencjał reprodukcyjny. Dzisiejsze dzieci, to jutrzejsi rodzice. Dziś wiemy zatem, że jutrzejszych rodziców jest ponad dwukrotnie mniej niż 40 lat temu, więc ewentualna endogeniczna („samodzielna”), krótkookresowa korekta demograficznego trendu jest możliwa tylko w wąskim zakresie. Nawet jeśli założymy, że wyraźnie wzrośnie przeciętna liczba urodzeń, to przecież wymnażamy ją przez liczbę matek, których w najbliższych latach wciąż będzie ubywać. Obecnie kobiet w wieku 20-34 lat jest 4,1 miliona, za 15 lat będzie ich 2,8 mln (tyle liczy dzisiejsza kohorta dziewczyn w wieku 5-19 lat, zob. raport GUS).

mlodzi_starzy

Czy to wszystko znaczy, że przyszłość demograficzna Polski ziści się ściśle według scenariuszy GUS? Otóż niekoniecznie. Najsłabszym ogniwem predykcji demograficznej są bilanse migracyjne. Jej autorzy opierali się na tendencjach z ostatnich lat, przewidując, że emigracja będzie przez jakiś czas przeważała nad imigracją, a około roku 2035 zbilansują się one. Jest to bardzo statyczna i konserwatywna przesłanka. Już w tej chwili mówi się przeważnie o około milionie Ukraińców pracujących w Polsce, ale ta liczba stale rośnie. Liczba pochodzących z różnych stron świata chętnych do osiedlenia się nad Wisłą oraz liczba chętnych do wyjazdu z Polski za pracą są pochodną różnic rozwoju gospodarczego. Znaczenie ma nie tylko poziom życia tutaj, ale także poziom życia w innych krajach. W sytuacji wzrostu PKB i przy brakach w sile roboczej nasz kraj zaczyna „demograficzne ssanie”, podczas gdy kraje ogarnięte kryzysami, wojną i opresywne wobec własnych obywateli „wypychają” część swojej ludności. W tej sytuacji utrzymywanie predykcji o ujemnym do zerowego bilansie migracyjnym wydaje się nierealistyczne. Napływ ludzi do pracy oznacza równocześnie napływ młodszych roczników, a więc potencjalną zwyżkę przyrostu naturalnego. Podczas gdy medianowy Polak zbliża się do pięćdziesiątki, medianowy mieszkaniec wielu krajów tzw. globalnego południa to piętnastolatek. Różnice cywilizacyjne są więc jednocześnie różnicami wiekowymi. Nasilanie się zewnętrznych „uzupełnień demograficznych” już od dawna jest udziałem społeczeństw zachodnich, a Polacy – wedle wszelkich kryteriów – stopniowo dołączają do tej grupy.

Czy to rychło zatrzyma „starzenie się” społeczeństwa? W 2014 GUS przewidywał, że wzrost mediany wieku nieco spowolni po roku 2040, ale w 2050 wyniesie ona ponad 50 lat. Nawet przy ostrej korekcie założeń dotyczących migracji nie można przewidywać, że w ciągu jednego pokolenia obecny trend zostanie odwrócony. Na pewno więc „starzenie się” nie zostanie powstrzymane w krótkim czasie – wymagałoby to ogromnej fali imigracyjnej, na którą Polska niekoniecznie jest gotowa politycznie i społecznie. Paradoksalnie jednak obniżenie wieku emerytalnego, bez żadnych dodatkowych korekt, może jeszcze zwiększyć „demograficzne ssanie” Polski, ponieważ w perspektywie kilkunastu lat relacja liczby pracujących do liczby pobierających świadczenia może okazać się tak niekorzystna, że potrzebna będzie natychmiastowa interwencja – albo nagłe podniesienie wieku emerytalnego albo szersze otwarcie drzwi dla imigrantów zarobkowych. Trzeba bowiem pamiętać, że nawet wzrost urodzeń wynikający z programów demograficznych państwa (jak 500+) nie wpłynie na liczebność rodzimej siły roboczej i zmianę dynamiki ludnościowej wcześniej niż za 20-30 lat. Obecnie przeciętny wiek podjęcia pierwszej pracy to ok. 22 lata, a mediana wieku urodzenia pierwszego dziecka wynosi ponad 27 lat. Co więcej, jeśli nastąpi szybki wzrost dzietności, to w populacji większy będzie nie tylko udział osób w wieku „poprodukcyjnym” (na emeryturę zaczynają właśnie przechodzić „baby-boomerzy”), ale również w wieku „przedprodukcyjnym”, a w konsekwencji kategoria osób pracujących może okazać się zbyt mała, by podołać niezbędnym obciążeniom fiskalnym na rzecz niepracujących (alternatywą jest szybki wzrost zadłużenia państwa, a więc przerzucenia dzisiejszych kosztów emerytalnych na kolejne pokolenia).

Postęp cywilizacyjny przynosi nieodwracalne, z punktu widzenia demografii, skutki kulturowe. Trudno dziś przewidywać, że młodzi ludzie masowo zechcą rezygnować z osobistego rozwoju w okresie młodzieńczym, w tym np. ze studiów czy podróży, by bardzo wcześnie oddawać się rodzicielstwu. Zaskoczeniem byłby także nagły wzrost liczby zawieranych małżeństw czy stabilnych związków w ogóle, a to one stanowią podstawę biograficznego zabezpieczenia w sytuacji posiadania dzieci (chodzi o rozłożenie ciężarów wychowawczych, nie tylko finansowych). Paradoksalnie więc sama finansowa łatwość utrzymania dzieci niekoniecznie najefektywniej służy zwiększeniu ich liczby – jeśli spojrzeć na to szerzej, bywa wprost odwrotnie (kiedyś trudniej było wykarmić dzieci, a rodziło się ich więcej). Kolejny paradoks – na tę sytuację wpływają także zmiany dotyczące seniorów, którzy zachowując względną sprawność fizyczną i intelektualną w momencie przejścia na emeryturę coraz częściej wybierają inne priorytety niż „pełnoetatowa” opieka nad wnukami. Jedni przeżywają drugą młodość, inni skupiają się na swoim zdrowiu i dobrostanie, a widząc poprawiającą się sytuację materialną swoich pracujących dzieci, mogą czuć się moralnie zwolnieni z konieczności bezpośredniej pomocy (oferując w zamian np. dodatkową pomoc finansową). Z kolei państwo bezpośrednio dotując dzieci zwiększa nie tylko prawdopodobieństwo samego ich posiadania (w relacji proporcjonalnej do dochodów rodziców), ale także zainteresowanie jakością opieki i edukacji. Często – znów paradoks – może to oznaczać rezygnację z publicznego przedszkola i szkoły, a więc podkopywać inne inwestycje państwa w tym obszarze. Te same pieniądze (prywatne inwestycje w edukację dzieci) mogłyby przecież zapewnić całodzienną, dobrej jakości opiekę nad dziećmi (zajęcia dodatkowe) ulokowaną na terenie macierzystej szkoły (bez konieczności wożenia dzieci na zajęcia pozalekcyjne. Chodzi także o łatwość zapewnienia potomstwu dobrej i łatwo dostępnej opieki zdrowotnej. Globalnie decyzja o posiadaniu i liczbie dzieci zależy bowiem nie tyle od stanu portfela, co od trudności związanych z godzeniem roli rodzica z innymi życiowymi potrzebami (praca zawodowa, samorealizacja). Wzrost dziennego spożycia kalorii mógł spowodować przejście demograficzne w neolicie, ale nie spowoduje go w epoce nowoczesnej antykoncepcji, miłości romantycznej i marzeń wziętych z Instagrama. Programy socjalne mogą zapewnić wzrost urodzeń w pewnych granicach, ale z pewnością samodzielnie nie zatrzymają kryzysu demograficznego. Nie gwarantuje tego również sam zwrot ku bardziej tradycyjnym wartościom, ponieważ pod pewnymi względami spowalnia on rozpoczęcie aktywności prokreacyjnej (pieczołowity dobór partnera, wartość wstrzemięźliwości seksualnej). Młodociana matka zachodząca cyklicznie w ciążę, to efekt nie tyle konserwatywnych wartości, co słabej edukacji i braku perspektyw życiowych.

Wiemy już, że ważną konsekwencją programu bezpośredniej premii finansowej za dzietność okazało się zmniejszenie liczby dzieci żyjących w ubóstwie. Trudno to przecenić. Jednocześnie nie wiemy jeszcze jakie będą efekty demograficzne 500+, ale możemy bezpiecznie założyć, że wyraźnie większe wśród uboższych niż wśród bogatych. Skoro oba efekty dotyczą głównie ludzi mniej zamożnych, należałoby rozważyć, czy w programie tym nie wprowadzić progu dochodowego, a zaoszczędzonych środków nie skierować na programy: (a) adaptacji i integracji imigrantów (nauka języka, zapobieganie gettoizacji), a nawet „drenażu mózgów” (masowe programy stypendialne uzupełniające ubytki, będące skutkiem „drenażu” z Polski) oraz (b) pośrednich (instytucjonalnych) inwestycji w dostępność, kompleksowość i jakość publicznych usług wychowawczo-edukacyjnych. Programy te mogą być zresztą w pewnej mierze współzależne, a ten drugi posiadałby równocześnie walor istotnego wyrównania szans, co jest ważne o tyle, że szkolnictwo jest w Polsce z każdym rokiem coraz mniej egalitarne. Oba miałyby zapewne mniejszy efekt doraźny, ale w dłuższej perspektywie ich zignorowanie może okazać się bardzo kosztowne społecznie.

Liczba urzędników w Polsce 1981-2011

Spośród niespełna 16 mln pracujących Polaków, prawie 4 mln zatrudnionych jest w sektorze publicznym. Największy udział w tej liczbie mają: edukacja (ponad 1 mln), administracja, ochrona zdrowia (z niewiadomych powodów liczona przez GUS łącznie z pomocą społeczną) oraz szeroko pojęte służby mundurowe (w tej kolejności). W kontekście oceny działania państwa najwięcej emocji budzi prawdopodobnie druga z tych pozycji, ponieważ korpus urzędniczy traktowany jest na ogół jako bezpośrednie vis-a-vis (czy wręcz nemesis) sektora gospodarki rynkowej. W prasie ukazują się co pewien czas zestawienia pokazujące wzrost liczby zatrudnionych w administracji, służący jako przypomnienie, że wbrew obietnicom wszystkich kolejnych rządów państwo zamiast odchudzać się w poszukiwaniu większej sprawności (czy może odwrotnie – usprawniać się by schudnąć), nieustannie tyje i łapie zadyszkę.

Dynamika wzrostu liczby urzędników w postaci zagregowanej mało  jednak mówi o procesach, które faktycznie za tym stoją. Dlatego postanowiliśmy przedstawić je w podziale na kilka najważniejszych elementów – przede wszystkim rozdzielając administrację centralną od samorządowej – rozwój samorządu był w końcu jedną z zasadniczych składową transformacji państwa po 1989 roku.

Tym razem zamiast z Alicją pracowałem z Radkiem, zapewne jednym z nielicznych fanów R w środowisku historyków. Postawiliśmy sobie zadanie stworzenia spójnej, syntetycznej wizualizacji wzrostu zatrudnienia w administracji na przestrzeni trzech dekad. Szeroka zakładka na czasy PRLu w interesujący sposób rozszerza kontekst (i legitymizuje udział historyka). Do przygotowania zestawienia wspólnie spisaliśmy dane z roczników, ale wykresy zrobiliśmy niezależnie, by porównać różne „szkoły” kompresji informacji na wykresie. Rezultaty widać poniżej.

Wykres 1. (mój), kliknij aby powiększyćUrzędnicy

Wykres 2. (Radka), kliknij aby powiększyćurzednicyP

Jak dobrze wiadomo, w zasadzie w całym okresie potransformacyjnym notujemy stały wzrost kadr administracji publicznej. Po dezagregacji tego trendu można pokusić się o kilka szczegółowych spostrzeżeń.

Po pierwsze nie może dziwić fakt szybkiego wzrostu administracji samorządowej po roku 1991. Po krótkim „wietrzeniu” nastąpiła rekonstrukcja urzędów gmin i miast, następująca równolegle do rosnącej liczby obowiązków lokalnej administracji. Do dziś trend ten utrzymuje się, a obok przekazywania dawnych zadań państwowych w dół, w jego umocnieniu pewną rolę odgrywają zapewne różne meandry lokalnej polityki (synekury jako waluta polityczna).

Po drugie mimo równoległego, szybkiego rozrostu kompetencyjno-kadrowego samorządów, w latach 1990-1998 można było obserwować dramatyczny wzrost liczby osób zatrudnionych w centralnych organach administracji. Oczywiście po części związane to musiało być z nowymi zadaniami, choćby skarbowymi, ale z drugiej strony Polska przechodziła przecież od „ręcznego sterowania” (gospodarki planowej) do rynku, co – przynajmniej w teorii – powinno wymagać mniejszej obsługi administracyjnej. Warto zapewne przyjrzeć się temu wszystkiemu bliżej, ale na gorąco postawiliśmy z Radkiem dwie hipotezy: (a) dla lat 80-ych nie jest ujęta liczebność administracji partyjnej (np. zatrudnionej w komitetach wojewódzkich), która wykonywała pewne zadania (przede wszystkim te czysto polityczne), (b) jedną z metod łagodnego „przejmowania” państwa po 1989 roku było zatrudnianie równoległej administracji, lojalnej wobec polityków dawnej opozycji demokratycznej. Trend ten jednak nie zatrzymuje się w roku 1993, wraz z przejęciem władzy przez koalicję SLD-PSL, ale jest kontynuowany aż do czasów rządu Buzka.

Po trzecie wskutek reformy samorządowej wielkość administracji centralnej zaczęła spadać. Trwało to jednak jedynie do końca rządów koalicji AWS-UW, później powraca trend wzrostowy, tak, że liczba urzędników w instytucjach centralnych już w 2007 roku przekroczyła tę sprzed decentralizacji i wciąż rosła, przekraczając w 2009 roku liczbę 130 tys. W sensie czysto kadrowym decentralizacja Polski była więc efektem bardzo krótkotrwałym.

Trudno jest oczywiście udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to, jak licznej obsady kadrowej potrzebuje państwo takie jak Polska. Od czasu reformy samorządowej jej wzrost w coraz mniejszym stopniu określany jest zresztą odgórnie – samorządy różnych szczebli zatrudniają wedle własnych potrzeb i środków. Administracja mniejszych gmin i miast to już kategoria prawie tak liczebna jak administracja centralna, a samorząd wojewódzki dawno już wyprzedził pod tym względem Urzędy Wojewódzkie. Żądania „oszczędniejszego państwa” będą musiały być coraz częściej – wbrew temu co piszą gazety – adresowane do włodarzy lokalnych, a nie rządu.

PS. Przyglądając się wykresom warto mieć na względzie, że zmiany obserwowane z roku na rok mogą być efektem nie tylko zmian stanu etatowego i struktury organizacyjnej państwa, ale również zmian klasyfikacji GUS. Mocniejsze i bardziej szczegółowe wnioski wymagałyby dalszej dezagregacji danych.

Czy internetowe „lajki” mają znaczenie?

Kwestia tego, jakie znaczenie mają „lajki” i inne formy wyrażania opinii w sieci jest  często traktowana ambiwalentnie. Ukuto nawet termin „kliktywizm” (clicktivism) dla tej formy płytkiego aktywizmu obywatelskiego. W Internecie łatwo znaleźć także memy w tym duchu (zob. poniżej). Kliktywizm łatwo scharakteryzować w kategoriach procesów opisywanych przez Roberta Putnama w jego głośnej książce „Bowling Alone” (dzisiejsze zaangażowanie obywatelskie w USA ma jego zdaniem powierzchowny charakter, a sektor obywatelski pozostawiony został aktywistom „sprofesjonalizowanym”).

Czy "lajk" może uratować komuś życie?

Czy „lajk” może uratować komuś życie?

Zostawiając z boku kwestię tego, czy to dobrze, czy źle, że ludzie wyrażają swoją opinię w łatwy i często anonimowy sposób za pośrednictwem Internetu, warto zwrócić uwagę na to, że informacje gromadzone w serwisach społecznościowych można potraktować jako źródło danych socjologicznych i politologicznych. Przykładu dostarcza niepewna i zmieniająca się sytuacja na Ukrainie. Losy niektórych części tego kraju decydują się na podstawie – czy może pod pretekstem – referendum. Przy takim stanie rzeczy opinia, nawet ta powierzchowna i efemeryczna, może mieć geopolityczne znaczenie. W przypadku, gdy inne formy badania opinii są trudne do przeprowadzenia, sensowną ich alternatywną staje się obserwowanie trendów w serwisach społecznościowych. Ciekawą ilustrację znajdziemy na ukraińskim blogu poświęconym wynikom tamtejszych wyborów. Na stronie http://statistika.in.ua/vk/pislyamaidan zamieszczona została interaktywna mapa, która pokazuje ilu użytkowników z określonej miejscowości „polubiło” profil „Euromajdanu” lub „Antymajdanu”.

Mapa, sporządzona przy pomocy serwisu Google, przedstawia liczbę „lajków”, które zostały w poszczególnych miejscowościach przyznane przez użytkowników bądź to profilowi „Euromajdanu” (kolor czerwony), bądź profilowi „Antymajdanu” (kolor granatowy) w serwisie VKontakte (rosyjski odpowiednik Facebooka). Biały kolor oznacza względną równowagę zwolenników i przeciwników Majdanu, natomiast odcienie pośrednie świadczą o stopniu przewagi określonej strony. We Lwowie 99% użytkowników opowiedziało się za pierwszym, z kolei w Doniecku 78% za drugim. Ukraińscy komentatorzy twierdzą, że istnieją dziś nie dwie, ale trzy Ukrainy, powołując się właśnie na fakt, że obok jednoznacznie prozachodniego Centrum i Zachodu oraz względnie prorosyjskiego Donbasu i Krymu (Wschód), istnieje umiarkowanie prozachodni Połdniowy-Wschód. Co najważniejsze  – obserwacje wywiedzione z danych portalu społecznościowego potwierdzają mapy dotyczące proporcji grup etniczno-językowych oraz wyniki badań sondażowych (np. http://zn.ua/UKRAINE/mneniya-i-vzglyady-zhiteley-yugo-vostoka-ukrainy-aprel-2014-143598_.html). Z tych ostatnich dowiadujemy się, że o ile legalność rządu Jaceniuka uznaje 57% mieszkańców obwodu mikołajewskiego, o tyle już tylko 17% donieckiego i ługańskiego. W pozostałych obwodach wygląda to tak: chersoński 50%, dniepropietrowski 48%, odeski 41%, zaporożski 35%, charkowski 33%. Wziąwszy pod uwagę wariancję „braków zdania” (od 11% do aż 25%), wyniki dosyć wyraźnie korespondują z danymi, które widać na mapie internetowych „lajków”.

Warto rozważyć co może stanąć na przeszkodzie traktowania „kliktywizmu” jako źródła danych o nastrojach społecznych. Zrobię to w kontekście trzech podstawowych kryteriów, jakie musi spełnić rzetelne badanie socjologiczne (zob. http://www.spoleczenstwo.pl/pliki/sondaze-ISadowski.pdf).

(1) Najpoważniejszym problemem jest autoselekcja – populacja użytkowników może się wyraźnie różnić od reszty populacji. Zazwyczaj chodzi o wiek i kategorie dotknięte cyfrowym wykluczeniem. Warto jednak zauważyć, że problem autoselekcji jest tym poważniejszy, im bardziej hermetyczna jest podnoszona kwestia i mniej popularny portal będący źródłem danych. Jeśli mamy do czynienia z portalem „masowym”, a analizowana kwestia dotyka jakoś jego wszystkich użytkowników (i mobilizuje do zajęcia stanowiska), wówczas wypaczenie związane z autoselekcją staje się mniejsze. O opiniach osób starszych i tych, które nie korzystają z Internetu możemy wnioskować na podstawie tego, jak klikają młodsi członkowie ich rodzin. Dzieje się tak zwłaszcza w sytuacji (ewidentnej na zamieszczonej mapie) dyfuzji poglądów.

(2) Wiarygodność opinii. W sytuacji, gdy opinia nie jest wyrażana anonimowo, a przede wszystkim jest ona wypowiadana wobec własnych znajomych, a nie np. ankietera, jej wiarygodność należy ocenić na nie mniejszą niż w przypadku sondażu. Skłonny jestem twierdzić, że z socjologicznego punktu widzenia deklaracje polityczne na fb są nawet bardziej znaczącą formą artykulacji, niż odpowiedź na pytania w traktowanym jako poufny wywiadzie.

(3) Interpretacja wskaźnika. Interpretacja „lajku” jest niekiedy trudniejsza niż w przypadku pytania sondażowego. Niektórzy użytkownicy VKontakte mogli „polubić” określony profil tylko po to, by śledzić informacje, które są tam zamieszczane (a więc z ciekawości, a nie jako wyraz poparcia). Często jest to wybór porównywalny z tym, którego dokonujemy kupując określoną gazetę. Choć więc można mieć pod tym względem pewne zastrzeżenia, nie stanowi to poważnego zagrożenia dla formułowanych wniosków w sytuacji, o której tu akurat mowa. Przy napiętej sytuacji politycznej wybór mediów jest silnie skorelowany z wyborem światopoglądowym.

PS. Innej interesującej ilustracji podziału na Ukrainie dostarcza mapa tzw. Leninopadu (goo.gl/UqSYQn).

Imię dla dziewczynki

MSW udostępniło dane dotyczące najczęściej nadawanych w Polsce imion. W odróżnieniu od wcześniej publikowanych rocznych sprawozdań, obejmują one całkiem spory okres – od 1994 do 2013 roku. W Polsce był to czas głębokich przemian w polityce i gospodarce, ale jak się okazuje również w kwestii nadawanych imion dochodziło do małych rewolucji. Można domyślać się, że sprzyjało mi otwarcie na Zachód w latach 90., a potem różnego rodzaju mody napędzane przez media.

Zmiany w wyborze imion córek zachodzące w latach 90. można z grubsza wyjaśnić „efektem nowości”. Takie imiona, jak Karolina czy Paulina zyskały ogromną popularność na początku lat 90., kiedy można było je usłyszeć prawie tak samo często, jak tradycyjne Anna i Katarzyna. Był to czas kiedy częściej wybierane było również imię Paula – może od popularnej wówczas piosenkarki Pauli Abdul?

Niestety bez danych dla wcześniejszego okresu nie sposób odpowiedzieć, jak dokładnie kształtował się trend ich popularności – wiadomo jednak, że traciły ją szybko w kolejnych latach. Ania, w odróżnieniu od Katarzyny, odbiła się nieco od tej spadkowej tendencji na początku XXI wieku (podobnie w przypadku Karoliny).

w_drop

Kolejne lata to czas odkrywania nowych, niepopularnych dotychczas imion. Nieco spekulując można powiedzieć, że moda na nadawanie nietypowych imion była w tym czasie symptomem rosnącego poczucia indywidualizmu. Kapitalizm, który na dobre zaczął się w Polsce zakorzeniać w pierwszej dekadzie lat 2000. docenia przecież wyjątkowość, „znaki szczególne”, które zastępują typowe dla poprzedniej epoki ujednolicenia.

Paradoks polegał jednak na tym, że te „nowe” imiona szybko stawały się masowe. Co więcej były czasem inspirowane masowymi mediami. Było tak na przykład z Amelią. Film pod tym samym tytułem, którego premiera odbyła się w 2001 roku, zainspirował całkiem sporą część przyszłych rodziców do nazwania córki imieniem dobrodusznej Francuzki. Być może było tak również z Leną – któż nie chciałby mieć córki, która choćby trochę będzie przypominała serialową ambitną lekarkę, specjalistkę w zakresie chirurgii, pracującą w szpitalu w Leśnej Górze!? W obu przypadkach po pewnym okresie „oswojenia” popularność tych imion zmalała. Innym trendem jest powrót do tradycyjnych imion, czego ilustracją jest sukces imienia Hanna i Zofia.

up

„Cykl życia” imion nie zawsze jest tak krótki, jak w przypadku Amelii. Takie imiona jak Zuzanna, a szczególnie Julia długo utrzymywały się na fali popularności zanim zaczęły stopniowo odchodzić w cień. Popularność imienia Wiktoria wydaje się korespondować z okresem popularności Spice Girls i późniejszej ekspozycji w mediach rodziny Beckhamów.

w_julia

Warto samodzielnie poszukać w tych danych kolejnych prawidłowości.

Tutaj są wykorzystane we wpisie dane do R oraz kody do powyższych wykresów.