Archiwa tagu: Ukraina

Dwa demograficzne mity

The Economist opublikował niedawno daily chart, którego tytuł w kontekście panujących nastrojów społecznych brzmi jak prowokacja: Why Europe needs more migrants. Każdy kto zna „Ekonomistę” wie jednak, że to pismo reprezentujące trzeźwy, ekonomiczny racjonalizm w opozycji do wszelkich ideologicznych idiosynkrazji, więc jeśli prowokuje, to przede wszystkim do myślenia.

Choć o sytuacji demograficznej już pisaliśmy, i to dosyć obszernie, na moment wracam więc do tego tematu. Trudno oprzeć się bowiem wrażeniu, że ktokolwiek się nim zajmuje w debacie publicznej – od rządzących po Make Life Harder – myślenie to jest obciążone: (a) fiksacją na dzietności, (b) marginalizacją ekonomicznej roli imigracji. Zrekapituluję krótko te dwa błędne mniemania.

„Mit dzietności” zakłada, że (1) wyższa dzietność może samodzielnie rozwiązać problemy demograficzne współczesnej Polski, a także, że (2) zapewnienie zastępowalności pokoleniowej jest dziś w Polsce realne. Aby najprościej wyjaśnić na czym polega mylność tych przekonań zacznijmy od możliwie najprostszej ilustracji – sztafety pokoleń. Na wykresie poniżej przedstawione zostały liczebności 10-letnich kohort wiekowych współczesnych Polek (dane GUS z VI 2017). Ograniczymy się do kobiet, ponieważ to właśnie ich bezpośrednio dotyczą statystyki dzietności. Przeciętny wiek urodzenia dziecka to obecnie 29 lat. Przyjmując kilka interpretacyjnych uproszczeń możemy więc spojrzeć na te kohorty jako na sekwencję grup matek i córek oddzielonych od siebie interwałem 30 lat. Takiej interpretacji można postawić szereg słusznych zastrzeżeń1, ale mimo wszystko będzie to wystarczające przybliżenie realnych prawidłowości.

Wielkość kohort demograficznych w populacji współczesnych Polek (stan na 30 VI 2017 wg GUS)

Do oznaczenia na wykresie poszczególnych „sztafet pokoleniowych” użyłem osobnych palet kolorystycznych. Kobiety w wieku 60-69 lat to „kohorta matek” dla kobiet w wieku 30-39 lat, te z kolei to „statystyczne matki” dziewczynek w wieku 0-9 lat. Analogiczną relację możemy zdefiniować dla dzisiejszych pięćdziesięcio- i dwudziestolatek, a także dla czterdziesto- i nastolatek.

Co widzimy na wykresie? Jeśli porównamy kohortę 60-69 z ich „córkami”, to widać, że kobiety urodzone tuż po II wojnie światowej wydały na świat przeciętnie więcej niż jedną córkę. Nie zmienia tego nawet wzięcie pod uwagę rosnącej śmiertelności kobiet po 50-tce – owe „ubytki” skompensowane są szarą „czapką” na dwóch ostatnich słupkach (śmiertelność młodszych kobiet jest niska, została więc pominięta). Dla kolejnych grup wiekowych ta tendencja wyraźnie się zmienia. Córki kobiet w wieku 50-59 lat, czyli dzisiejsze 20-latki, są mniej liczne niż ich matki. Dramatyczny spadek zaczyna się jednak dopiero w kolejnych grupach. Sukcesję ponad 3 milionom dzisiejszych 30-latek zapewnia zaledwie 2 miliony dziewczynek poniżej 10 roku życia.

Co z tego wynika? Po pierwsze trzeba rozumieć, że żaden ze słupków nie powiększy się już samym ruchem naturalnym. Dzisiejsza kohorta nastolatek nie zrobi się większa niż 2 miliony. Niezależnie więc od wskaźnika liczby urodzeń, nie zwiększy się liczba przyszłych matek. Nawet gdyby trend niskiej dzietności został kompletnie zatrzymany, nie ma powrotu do liczebności Polek z wyżu lat 1980-ych.

Ale czy ten trend można zatrzymać? Współczynnik dzietności (przeciętna liczba dzieci przypadających na kobietę w wieku rozrodczym) wynosi w Polsce niewiele ponad 1,3 (czyli statystycznie każda matka ma ok. 2/3 córki). To bardzo mało, ale w Europie jedynie dwa kraje balansują na poziomie odtwarzalności pokoleń, czyli mają ten współczynnik na poziomie około 2, są to Francja i Irlandia. Przypomnijmy jednak – jest to poziom odtwarzalności, a nie przyrostu, więc dylemat dotyczy samego utrzymania liczebności tych najmniej licznych kohort (sic!). Co więcej, takiej energii w płodzeniu dzieci nie obserwujemy nigdzie na wschód od Renu, a my wypadamy pod tym względem blado nawet na tle samych sąsiadów (zob. interaktywny wykres na Google).

Aby osiągnąć przeciętną dzietność na poziomie 2 – której Polska w ogóle nie notowała od 1991 roku – kobiety musiałyby rodzić w wyraźnie młodszym wieku i w związku z tym masowo rezygnować z innych życiowych planów. Nie chodzi nawet o realizację marzeń o karierze na szczytach władzy i bogactwa, czy o podróży dookoła świata, ale o rzeczy znacznie bardziej rudymentarne, takie jak studia. Przypomnijmy, że współczynnik skolaryzacji brutto na poziomie szkolnictwa wyższego wynosił na początku lat 1990-ych niewiele ponad 10%, ale w 2010 roku przekroczył 50%. Już sama masowość studiów wyższych przesuwa większość decyzji prokreacyjnych na okres po 25. roku życia. Do pewnych rzeczy po prostu nie ma powrotu, chyba, że w scenariuszu Handmaid’s Tale.

Warto także pamiętać, że programy child benefit, analogiczne do 500+, posiada większość państw europejskich, więc ze względu na konwergencję tak instytucji, jak stylów życia względnie bezpieczne wydaje się założenie, że dzietność w Polsce może w nadchodzących latach wzrosnąć, ale co najwyżej do poziomu 1,5-2,0. W najbardziej optymistycznym z tych scenariuszy (i biorąc na razie w nawias migracje) za 40 lat wykres „sztafety matek i córek” wyglądałby mniej więcej tak jak na wykresie poniżej2. Czarne obrysy oddają wielkość kohort z pierwszego wykresu, czyli tych dzisiejszych. Globalnie oznacza to spadek populacji o około 28% (przypomnijmy – to wersja optymistyczna!). Ale – i to jest szczególnie uderzające – w wersji „pesymistycznej” (czyli przy współczynniku dzietności na obecnym poziomie 1,3), sprawa przedstawia się w zasadzie niewiele gorzej – spadek wyniesie 33%. Jak widać optymizm i pesymizm w sprawie dzietności niewiele się różnią – konik i tak już uciekł. Wyższy współczynnik urodzeń w ogólnym rozrachunku może nieco poprawić sytuację demograficzną, ale fiksowanie się na dzietności jako rozwiązaniu problemu starzenia się społeczeństwa jest nieracjonalne.

„Sztafeta demograficzna” z poprzedniego wykresu za 40 lat przy założeniu o rosnącej dzietności.

Przejdźmy zatem do kwestii imigracji. W dobie kryzysu migracyjnego jest to sprawa drażliwa, ponieważ została spleciona z gorącymi wątkami politycznymi, w tym z lękami o bezpieczeństwo i tożsamość. Jednak niezależnie od towarzyszących jej emocji warto patrzeć na nią trzeźwo – system emerytalny potrzebuje czynnych zawodowo, a rozwijająca się gospodarka – rąk do pracy. Jest jasne, że firmy będą poszukiwały pracowników nawet jeśli rodzima podaż się wyczerpie. Presja popytu na pracownika odczuwana jest na razie głównie w postaci rekordowo niskiego poziomu bezrobocia, ale gospodarka już od dawna „zasysa” też pracowników z zagranicy.

Kwestię emigracji i imigracji zarobkowej, jak wszystkie inne zjawiska ekonomiczne, wypada rozpatrywać w kategoriach podaży i popytu. Patrząc na dane GUS dotyczące ruchów ludnościowych do i z Polski widzimy, że wciąż więcej osób wyjeżdża, niż przyjeżdża. Poniższy wykres pokazuje migracje na stałe, czyli (wg GUS) na co najmniej 12 miesięcy. Czarna ramka pokazuje ubytki ludnościowe, zaś czerwone wypełnienie – stopień ich bieżącego uzupełniania przez przybyszy z zagranicy. Są to jedynie przybliżenia i nie uwzględniają wszystkich rodzajów przepływów ludnościowych (o tym za chwilę), jednak ta wystandaryzowana miara daje pewne pojęcie o atrakcyjności migracyjnej naszego kraju. W ostatnich latach wciąż więcej ludzi długotrwale opuszczało Polskę, niż do niej na stałe przybywało, choć widać jednocześnie trend zmniejszania się tej różnicy. W odróżnieniu od kwestii przyrostu naturalnego, tu państwo ma realny i dużo bardziej znaczący wpływ na konsekwencje demograficzne – oznacza to, że w odróżnieniu od wykresu ilustrującego odtwarzalność pokoleniową, tu dużo trudniej przewidzieć dalszy trend bez wiedzy o konkretnych decyzjach politycznych. Jednak ze względu na wspomniane kwestie popytowo-podażowe, instytucjonalny wpływ na bilans migracyjny również nie jest nieograniczony.

Stosunek emigracji (czarna ramka) do imigracji (czerwone wypełnienie), dane GUS.

Tu dochodzimy do mitu nr 2. Jest nim przekonanie, że polityka imigracyjna może sprowadzać się do zamknięcia drzwi na osoby spoza Unii Europejskiej (czy szerzej rozumianego Zachodu). Jest tak, ponieważ Polska wraz z Chorwacją, Rumunią i Bułgarią zamyka stawkę, jeśli idzie o poziom życia szeroko rozumianego Zachodu. Sami imigranci również dokonują wyborów, więc obie strony potrafią być swoiście „wybredne”. Jedynie kraje najbardziej zamożne, takie jak Wielka Brytania, USA czy Niemcy mogą regulować napływ imigrantów jedynie przez selekcję negatywną.

Jedna z lansowanych obecnie koncepcji zakłada, że imigrację można skutecznie zastąpić reemigracją i repatriacją, a liczba emigrantów z Polski i osób polskiego pochodzenia jest do tego wystarczająca. Jednak największe zagraniczne społeczności polskie są na Zachodzie (dwa największe ośrodki to USA i Niemcy), więc jest to równoznaczne z oczekiwaniem porzucenia przez ludzi lepiej płatnej pracy i lepszych perspektyw życiowych, jakie oferują im te kraje. Na wschód od Polski największym ośrodkiem jest natomiast Białoruś, ale zamieszkuje tam ok. 300 tys. osób deklarujących polskie pochodzenie, więc nawet przyciągnięcie całej mniejszości polskiej z terenu byłego ZSRR – biorąc w nawias realne możliwości i koszty – miałaby marginalne skutki ekonomiczne (dodajmy, że w okresie 1997-2016 Polska wydała 5908 formalnych wiz repatriacyjnych). Być może niektórzy dopatrują się także szansy w negatywnym rezultacie negocjacji dotyczących Brexitu. Zostawmy jednak różnego rodzaju złudzenia i przyjrzyjmy się faktom.

Realnie rzecz biorąc, doraźne rozwiązanie braku dodatkowych rąk do pracy trafiło się Polsce wyjątkowym zbiegiem okoliczności. To czego nie widzimy na powyższym wykresie to liczna rzesza pracowników przyjeżdżających na krótki okres. Liczbę formalnie wydanych nowych zezwoleń na pracę ilustruje kolejny wykres (poniżej), a trzeba mieć na względzie, że jest ona dużo niższa niż realna liczba pracujących w Polsce Ukraińców3. Począwszy przynajmniej od 2014 roku napływ siły roboczej do Polski jest zatem realnie większy niż odpływ, ponieważ podaż pracy skutecznie „suplementowana” jest masowymi przyjazdami krótkookresowymi z Ukrainy (ponad 80%). Warto w tym kontekście postawić pytanie: kto zastąpiłby tych pracowników, gdyby na Ukrainie panował pokój i kwitła gospodarka?

Liczba cudzoziemców (w tys.), którzy otrzymali pozwolenie na pracę w Polsce, dane GUS.

Dla kogo, poza mieszkańcami pogrążonej w kryzysie i wojnie domowej Ukrainy, Polska jest dziś atrakcyjnym kierunkiem emigracji? Kraje, z których napływ ludzi w ostatnich pięciu latach nasilał się i wynosił więcej niż 1500 osób to: Białoruś, Mołdawia oraz Indie. Wyraźnie osłabł natomiast napływ z Chin (prawie sześciokrotnie w ostatnich 6 latach). Wydaje się jasne, że różnica stopnia rozwoju między krajami musi być wystarczająca, by łączny, relatywny koszt emigracji (w tym ten psychologiczny) był mniejszy niż względne korzyści potencjalnego imigranta. Białoruś ma niższe niż Polska PKB per capita (również to liczone w sile nabywczej), ale leży blisko, więc bezpiecznie można założyć, że wszystkie kraje lepiej od niej rozwinięte nie staną się źródłem napływu pracowników do Polski. Na tej zasadzie możemy bezspornie wykluczyć kraje takie jak Gabon, Meksyk czy Iran. Do tej grupy należy też zapewne Botswana, Tajlandia, Chiny, Brazylia czy Algieria. Jednocześnie mieszkańcy krajów bardziej oddalonych od Polski geograficznie i kulturowo niż Ukraina i Białoruś, ponoszą niewątpliwie znacznie większe koszty takiej migracji.

Jeśli w Polsce istnieją silne idiosynkrazje dotyczące kierunków migracji i możliwości integracji cudzoziemców (a debata publiczna jasno wskazuje, że tak jest), warto postawić klarowne pytanie o to, jak owe preferencje przekładają się na konkretne polityki publiczne. A może liczymy jedynie na kryzysy w nieodległym otoczeniu międzynarodowym?


1. Mediana wieku urodzeń stale zmienia się (rośnie), a jej wariancja jest oczywiście spora, więc część dziewczynek z grupy 0-9 jest w istocie córkami kobiet należących do kohorty 10-19, a inna część – kohorty 50-59. Jednak takie „przesunięcia” i nieregularności dotyczą wszystkich kohort, więc ich efekty w większości znoszą się. Zatem choć nie mamy tu substancjalnie trafnego opisu rzeczywistości, to oddaje on faktycznie wpisane w nią trendy.

2. Zakładam tu stopniowe, liniowe dochodzenie dzietności do poziomu 2.0.

3. Pozwolenia są przedłużane na podstawie oświadczenia pracodawcy, a tych wg UDSC było w 2016 roku 1,26 mln – ta liczba może być z kolei zawyżona w stosunku do realnie pracujących. ZUS podaje liczbę 270 tys. zarejestrowanych Ukraińców.

Czy internetowe „lajki” mają znaczenie?

Kwestia tego, jakie znaczenie mają „lajki” i inne formy wyrażania opinii w sieci jest  często traktowana ambiwalentnie. Ukuto nawet termin „kliktywizm” (clicktivism) dla tej formy płytkiego aktywizmu obywatelskiego. W Internecie łatwo znaleźć także memy w tym duchu (zob. poniżej). Kliktywizm łatwo scharakteryzować w kategoriach procesów opisywanych przez Roberta Putnama w jego głośnej książce „Bowling Alone” (dzisiejsze zaangażowanie obywatelskie w USA ma jego zdaniem powierzchowny charakter, a sektor obywatelski pozostawiony został aktywistom „sprofesjonalizowanym”).

Czy "lajk" może uratować komuś życie?

Czy „lajk” może uratować komuś życie?

Zostawiając z boku kwestię tego, czy to dobrze, czy źle, że ludzie wyrażają swoją opinię w łatwy i często anonimowy sposób za pośrednictwem Internetu, warto zwrócić uwagę na to, że informacje gromadzone w serwisach społecznościowych można potraktować jako źródło danych socjologicznych i politologicznych. Przykładu dostarcza niepewna i zmieniająca się sytuacja na Ukrainie. Losy niektórych części tego kraju decydują się na podstawie – czy może pod pretekstem – referendum. Przy takim stanie rzeczy opinia, nawet ta powierzchowna i efemeryczna, może mieć geopolityczne znaczenie. W przypadku, gdy inne formy badania opinii są trudne do przeprowadzenia, sensowną ich alternatywną staje się obserwowanie trendów w serwisach społecznościowych. Ciekawą ilustrację znajdziemy na ukraińskim blogu poświęconym wynikom tamtejszych wyborów. Na stronie http://statistika.in.ua/vk/pislyamaidan zamieszczona została interaktywna mapa, która pokazuje ilu użytkowników z określonej miejscowości „polubiło” profil „Euromajdanu” lub „Antymajdanu”.

Mapa, sporządzona przy pomocy serwisu Google, przedstawia liczbę „lajków”, które zostały w poszczególnych miejscowościach przyznane przez użytkowników bądź to profilowi „Euromajdanu” (kolor czerwony), bądź profilowi „Antymajdanu” (kolor granatowy) w serwisie VKontakte (rosyjski odpowiednik Facebooka). Biały kolor oznacza względną równowagę zwolenników i przeciwników Majdanu, natomiast odcienie pośrednie świadczą o stopniu przewagi określonej strony. We Lwowie 99% użytkowników opowiedziało się za pierwszym, z kolei w Doniecku 78% za drugim. Ukraińscy komentatorzy twierdzą, że istnieją dziś nie dwie, ale trzy Ukrainy, powołując się właśnie na fakt, że obok jednoznacznie prozachodniego Centrum i Zachodu oraz względnie prorosyjskiego Donbasu i Krymu (Wschód), istnieje umiarkowanie prozachodni Połdniowy-Wschód. Co najważniejsze  – obserwacje wywiedzione z danych portalu społecznościowego potwierdzają mapy dotyczące proporcji grup etniczno-językowych oraz wyniki badań sondażowych (np. http://zn.ua/UKRAINE/mneniya-i-vzglyady-zhiteley-yugo-vostoka-ukrainy-aprel-2014-143598_.html). Z tych ostatnich dowiadujemy się, że o ile legalność rządu Jaceniuka uznaje 57% mieszkańców obwodu mikołajewskiego, o tyle już tylko 17% donieckiego i ługańskiego. W pozostałych obwodach wygląda to tak: chersoński 50%, dniepropietrowski 48%, odeski 41%, zaporożski 35%, charkowski 33%. Wziąwszy pod uwagę wariancję „braków zdania” (od 11% do aż 25%), wyniki dosyć wyraźnie korespondują z danymi, które widać na mapie internetowych „lajków”.

Warto rozważyć co może stanąć na przeszkodzie traktowania „kliktywizmu” jako źródła danych o nastrojach społecznych. Zrobię to w kontekście trzech podstawowych kryteriów, jakie musi spełnić rzetelne badanie socjologiczne (zob. http://www.spoleczenstwo.pl/pliki/sondaze-ISadowski.pdf).

(1) Najpoważniejszym problemem jest autoselekcja – populacja użytkowników może się wyraźnie różnić od reszty populacji. Zazwyczaj chodzi o wiek i kategorie dotknięte cyfrowym wykluczeniem. Warto jednak zauważyć, że problem autoselekcji jest tym poważniejszy, im bardziej hermetyczna jest podnoszona kwestia i mniej popularny portal będący źródłem danych. Jeśli mamy do czynienia z portalem „masowym”, a analizowana kwestia dotyka jakoś jego wszystkich użytkowników (i mobilizuje do zajęcia stanowiska), wówczas wypaczenie związane z autoselekcją staje się mniejsze. O opiniach osób starszych i tych, które nie korzystają z Internetu możemy wnioskować na podstawie tego, jak klikają młodsi członkowie ich rodzin. Dzieje się tak zwłaszcza w sytuacji (ewidentnej na zamieszczonej mapie) dyfuzji poglądów.

(2) Wiarygodność opinii. W sytuacji, gdy opinia nie jest wyrażana anonimowo, a przede wszystkim jest ona wypowiadana wobec własnych znajomych, a nie np. ankietera, jej wiarygodność należy ocenić na nie mniejszą niż w przypadku sondażu. Skłonny jestem twierdzić, że z socjologicznego punktu widzenia deklaracje polityczne na fb są nawet bardziej znaczącą formą artykulacji, niż odpowiedź na pytania w traktowanym jako poufny wywiadzie.

(3) Interpretacja wskaźnika. Interpretacja „lajku” jest niekiedy trudniejsza niż w przypadku pytania sondażowego. Niektórzy użytkownicy VKontakte mogli „polubić” określony profil tylko po to, by śledzić informacje, które są tam zamieszczane (a więc z ciekawości, a nie jako wyraz poparcia). Często jest to wybór porównywalny z tym, którego dokonujemy kupując określoną gazetę. Choć więc można mieć pod tym względem pewne zastrzeżenia, nie stanowi to poważnego zagrożenia dla formułowanych wniosków w sytuacji, o której tu akurat mowa. Przy napiętej sytuacji politycznej wybór mediów jest silnie skorelowany z wyborem światopoglądowym.

PS. Innej interesującej ilustracji podziału na Ukrainie dostarcza mapa tzw. Leninopadu (goo.gl/UqSYQn).

Orientacje geopolityczne na Ukrainie

Ukraińska Prawda opublikowała dziś wyniki najnowszego sondażu dotyczącego geopolitycznych orientacji ukraińskiego społeczeństwa (http://www.pravda.com.ua/news/2014/04/5/7021480/). Sondaż przeprowadzono w drugiej połowie marca 2014 na próbie 1200 osób. Co ciekawe – gazeta twierdzi, że badanie objęło wszystkie regiony – w tym Krym, należy więc domniemywać, że był to sondaż telefoniczny.

Postanowiłem zilustrować wyniki za pomocą pakietu ggplot2. Załączony wykres dobitnie pokazuje jak głęboko spolaryzowane są sympatie na Ukrainie i jak skomplikowana jest w związku z tym wewnętrzna sytuacja polityczna. Globalnie odnotowany został wzrost orientacji na integrację z Unią Europejską. W sierpniu 2012 jedynie co trzeci mieszkaniec Ukrainy deklarował, że w referendum zagłosowałby za akcesją do UE, zaś obecnie odsetek ten wynosi 53% (za przystąpieniem do Unii Celnej z Rosją chciałoby głosować 28% badanych). Jak liczna była podpróbka krymska i jak wyglądałyby wyniki, gdyby ją pominąć, gazeta niestety nie informuje.

Kliknij, by powiększyć

Kliknij, by powiększyć