Archiwa tagu: Polska

Dwa wykresy o starzeniu się polskiego społeczeństwa

O starzeniu się społeczeństwa i kryzysie demograficznym dyskutuje się w Polsce już od paru lat, a jedną z ważnych przesłanek stanowią prognozy ludnościowe GUS. Konsekwencje zmian w strukturze demograficznej społeczeństwa są wielorakie, od wpływu na szkolnictwo, przez bilansowanie się systemu emerytalnego, po proporcje opieki nad osobami najmłodszymi i najstarszymi (zarówno w skali sektora usług, jak w indywidualnym budżecie czasu każdego z nas). Zamiast patrzeć wprzód (prognoza), poszukując alternatywnych scenariuszy ludnościowych, postanowiliśmy spojrzeć wstecz i pokazać kwestię starzenia się społeczeństwa w dwóch prostych wykresach ilustrujących wieloletnie trendy.

Pierwszy wykres przedstawia „starzenie się społeczeństwa” w sposób dosłowny – jako wzrastającą w czasie medianę wieku w podziale na płeć. Gdyby ustawić całe społeczeństwo w dwuszeregu – od najmłodszych do najstarszych – to w roku 1950 mężczyzna pośrodku swojego rzędu miałaby 24 lata, a kobieta – 27 lat (ten drugi rząd byłby po prostu wyraźnie dłuższy). W roku 2015 środki tych szeregów wypadały na 38 i 41 roku życia. Co istotne, stabilny trend utrzymuje się od początku lat 70-ych. Zatem mimo, że o problemie demograficznym intensywnie dyskutuje się w Polsce od stosunkowo niedawna, to sytuacja i prognozy nie mogą być jakimkolwiek zaskoczeniem od bardzo dawna. Co również znamienne – cezura roku 1989 praktycznie nie jest na wykresie widoczna (poza okresowym wzrostem różnicy między kobietami i mężczyznami), więc zmiany ustrojowe, gospodarcze i inne nie zapisały się dystynktywnie na procesie starzenia społeczeństwa. Wszystko to dobitnie pokazuje, że kryzys demograficzny nie dopadł Polski znienacka, ogólna tendencja utrzymuje się od ponad 40 lat.

mediana_2

Drugi, równie prosty wykres, daje dodatkowy wgląd w charakter trendu. Widzimy na nim podstawowe komponenty procesu starzenia się społeczeństwa – zmieniającą się proporcję ludzi młodych do ludzi starych. O ile w roku 1950 osoby w wieku 65+ stanowiły zaledwie 5% populacji (na czym ważyły także straty wojenne), to z czasem ich udział stabilnie rośnie (drobne fluktuacje związane są z sekwencją wyżów  i niżów), by w 2015 roku stanowić już 16% społeczeństwa. Według GUS w roku 2050 odsetek ten, w każdym z czterech rozpatrywanych przez demografów scenariuszy, wyniesie ponad 30%. Z kolei dzieci w wieku do 14 lat (czyli tzw. wieku „przedprodukcyjnym”) stanowiły ponad 1/3 wszystkich Polaków w roku 1960 (szczyt okresu „baby boom”), ale z czasem ten odsetek szybko spadał. Okresowa „górka” w latach 80-ych to czas, w którym powojenni „baby-boomerzy” założyli rodziny. Spadek udziału dzieci w społeczeństwie wyhamowuje dopiero mniej więcej w dobie akcesji Polski do UE, co jest w istocie drugim „echem” powojennej eksplozji urodzeń (tym razem to wnuki „baby-boomerów” zakładają rodziny). W zależności od scenariusza GUS przewiduje, że udział osób najmłodszych wyniesie w 2015 roku od 11% do 14%, a więc tak czy owak jeszcze nieco spadnie.

Wykres pokazujący co się dzieje na końcach piramidy populacyjnej dobitnie przekonuje, że prognozy wybiegające o 35 lat wprzód nie są „wróżbiarstwem”, ponieważ podstawową przesłanką stanu ludności w danym momencie jest uprzedni potencjał reprodukcyjny. Dzisiejsze dzieci, to jutrzejsi rodzice. Dziś wiemy zatem, że jutrzejszych rodziców jest ponad dwukrotnie mniej niż 40 lat temu, więc ewentualna endogeniczna („samodzielna”), krótkookresowa korekta demograficznego trendu jest możliwa tylko w wąskim zakresie. Nawet jeśli założymy, że wyraźnie wzrośnie przeciętna liczba urodzeń, to przecież wymnażamy ją przez liczbę matek, których w najbliższych latach wciąż będzie ubywać. Obecnie kobiet w wieku 20-34 lat jest 4,1 miliona, za 15 lat będzie ich 2,8 mln (tyle liczy dzisiejsza kohorta dziewczyn w wieku 5-19 lat, zob. raport GUS).

mlodzi_starzy

Czy to wszystko znaczy, że przyszłość demograficzna Polski ziści się ściśle według scenariuszy GUS? Otóż niekoniecznie. Najsłabszym ogniwem predykcji demograficznej są bilanse migracyjne. Jej autorzy opierali się na tendencjach z ostatnich lat, przewidując, że emigracja będzie przez jakiś czas przeważała nad imigracją, a około roku 2035 zbilansują się one. Jest to bardzo statyczna i konserwatywna przesłanka. Już w tej chwili mówi się przeważnie o około milionie Ukraińców pracujących w Polsce, ale ta liczba stale rośnie. Liczba pochodzących z różnych stron świata chętnych do osiedlenia się nad Wisłą oraz liczba chętnych do wyjazdu z Polski za pracą są pochodną różnic rozwoju gospodarczego. Znaczenie ma nie tylko poziom życia tutaj, ale także poziom życia w innych krajach. W sytuacji wzrostu PKB i przy brakach w sile roboczej nasz kraj zaczyna „demograficzne ssanie”, podczas gdy kraje ogarnięte kryzysami, wojną i opresywne wobec własnych obywateli „wypychają” część swojej ludności. W tej sytuacji utrzymywanie predykcji o ujemnym do zerowego bilansie migracyjnym wydaje się nierealistyczne. Napływ ludzi do pracy oznacza równocześnie napływ młodszych roczników, a więc potencjalną zwyżkę przyrostu naturalnego. Podczas gdy medianowy Polak zbliża się do pięćdziesiątki, medianowy mieszkaniec wielu krajów tzw. globalnego południa to piętnastolatek. Różnice cywilizacyjne są więc jednocześnie różnicami wiekowymi. Nasilanie się zewnętrznych „uzupełnień demograficznych” już od dawna jest udziałem społeczeństw zachodnich, a Polacy – wedle wszelkich kryteriów – stopniowo dołączają do tej grupy.

Czy to rychło zatrzyma „starzenie się” społeczeństwa? W 2014 GUS przewidywał, że wzrost mediany wieku nieco spowolni po roku 2040, ale w 2050 wyniesie ona ponad 50 lat. Nawet przy ostrej korekcie założeń dotyczących migracji nie można przewidywać, że w ciągu jednego pokolenia obecny trend zostanie odwrócony. Na pewno więc „starzenie się” nie zostanie powstrzymane w krótkim czasie – wymagałoby to ogromnej fali imigracyjnej, na którą Polska niekoniecznie jest gotowa politycznie i społecznie. Paradoksalnie jednak obniżenie wieku emerytalnego, bez żadnych dodatkowych korekt, może jeszcze zwiększyć „demograficzne ssanie” Polski, ponieważ w perspektywie kilkunastu lat relacja liczby pracujących do liczby pobierających świadczenia może okazać się tak niekorzystna, że potrzebna będzie natychmiastowa interwencja – albo nagłe podniesienie wieku emerytalnego albo szersze otwarcie drzwi dla imigrantów zarobkowych. Trzeba bowiem pamiętać, że nawet wzrost urodzeń wynikający z programów demograficznych państwa (jak 500+) nie wpłynie na liczebność rodzimej siły roboczej i zmianę dynamiki ludnościowej wcześniej niż za 20-30 lat. Obecnie przeciętny wiek podjęcia pierwszej pracy to ok. 22 lata, a mediana wieku urodzenia pierwszego dziecka wynosi ponad 27 lat. Co więcej, jeśli nastąpi szybki wzrost dzietności, to w populacji większy będzie nie tylko udział osób w wieku „poprodukcyjnym” (na emeryturę zaczynają właśnie przechodzić „baby-boomerzy”), ale również w wieku „przedprodukcyjnym”, a w konsekwencji kategoria osób pracujących może okazać się zbyt mała, by podołać niezbędnym obciążeniom fiskalnym na rzecz niepracujących (alternatywą jest szybki wzrost zadłużenia państwa, a więc przerzucenia dzisiejszych kosztów emerytalnych na kolejne pokolenia).

Postęp cywilizacyjny przynosi nieodwracalne, z punktu widzenia demografii, skutki kulturowe. Trudno dziś przewidywać, że młodzi ludzie masowo zechcą rezygnować z osobistego rozwoju w okresie młodzieńczym, w tym np. ze studiów czy podróży, by bardzo wcześnie oddawać się rodzicielstwu. Zaskoczeniem byłby także nagły wzrost liczby zawieranych małżeństw czy stabilnych związków w ogóle, a to one stanowią podstawę biograficznego zabezpieczenia w sytuacji posiadania dzieci (chodzi o rozłożenie ciężarów wychowawczych, nie tylko finansowych). Paradoksalnie więc sama finansowa łatwość utrzymania dzieci niekoniecznie najefektywniej służy zwiększeniu ich liczby – jeśli spojrzeć na to szerzej, bywa wprost odwrotnie (kiedyś trudniej było wykarmić dzieci, a rodziło się ich więcej). Kolejny paradoks – na tę sytuację wpływają także zmiany dotyczące seniorów, którzy zachowując względną sprawność fizyczną i intelektualną w momencie przejścia na emeryturę coraz częściej wybierają inne priorytety niż „pełnoetatowa” opieka nad wnukami. Jedni przeżywają drugą młodość, inni skupiają się na swoim zdrowiu i dobrostanie, a widząc poprawiającą się sytuację materialną swoich pracujących dzieci, mogą czuć się moralnie zwolnieni z konieczności bezpośredniej pomocy (oferując w zamian np. dodatkową pomoc finansową). Z kolei państwo bezpośrednio dotując dzieci zwiększa nie tylko prawdopodobieństwo samego ich posiadania (w relacji proporcjonalnej do dochodów rodziców), ale także zainteresowanie jakością opieki i edukacji. Często – znów paradoks – może to oznaczać rezygnację z publicznego przedszkola i szkoły, a więc podkopywać inne inwestycje państwa w tym obszarze. Te same pieniądze (prywatne inwestycje w edukację dzieci) mogłyby przecież zapewnić całodzienną, dobrej jakości opiekę nad dziećmi (zajęcia dodatkowe) ulokowaną na terenie macierzystej szkoły (bez konieczności wożenia dzieci na zajęcia pozalekcyjne. Chodzi także o łatwość zapewnienia potomstwu dobrej i łatwo dostępnej opieki zdrowotnej. Globalnie decyzja o posiadaniu i liczbie dzieci zależy bowiem nie tyle od stanu portfela, co od trudności związanych z godzeniem roli rodzica z innymi życiowymi potrzebami (praca zawodowa, samorealizacja). Wzrost dziennego spożycia kalorii mógł spowodować przejście demograficzne w neolicie, ale nie spowoduje go w epoce nowoczesnej antykoncepcji, miłości romantycznej i marzeń wziętych z Instagrama. Programy socjalne mogą zapewnić wzrost urodzeń w pewnych granicach, ale z pewnością samodzielnie nie zatrzymają kryzysu demograficznego. Nie gwarantuje tego również sam zwrot ku bardziej tradycyjnym wartościom, ponieważ pod pewnymi względami spowalnia on rozpoczęcie aktywności prokreacyjnej (pieczołowity dobór partnera, wartość wstrzemięźliwości seksualnej). Młodociana matka zachodząca cyklicznie w ciążę, to efekt nie tyle konserwatywnych wartości, co słabej edukacji i braku perspektyw życiowych.

Wiemy już, że ważną konsekwencją programu bezpośredniej premii finansowej za dzietność okazało się zmniejszenie liczby dzieci żyjących w ubóstwie. Trudno to przecenić. Jednocześnie nie wiemy jeszcze jakie będą efekty demograficzne 500+, ale możemy bezpiecznie założyć, że wyraźnie większe wśród uboższych niż wśród bogatych. Skoro oba efekty dotyczą głównie ludzi mniej zamożnych, należałoby rozważyć, czy w programie tym nie wprowadzić progu dochodowego, a zaoszczędzonych środków nie skierować na programy: (a) adaptacji i integracji imigrantów (nauka języka, zapobieganie gettoizacji), a nawet „drenażu mózgów” (masowe programy stypendialne uzupełniające ubytki, będące skutkiem „drenażu” z Polski) oraz (b) pośrednich (instytucjonalnych) inwestycji w dostępność, kompleksowość i jakość publicznych usług wychowawczo-edukacyjnych. Programy te mogą być zresztą w pewnej mierze współzależne, a ten drugi posiadałby równocześnie walor istotnego wyrównania szans, co jest ważne o tyle, że szkolnictwo jest w Polsce z każdym rokiem coraz mniej egalitarne. Oba miałyby zapewne mniejszy efekt doraźny, ale w dłuższej perspektywie ich zignorowanie może okazać się bardzo kosztowne społecznie.

Kobiety w polityce

Tegoroczne wybory parlamentarne różnią do poprzednich między innymi większą ekspozycją kobiet. W trakcie kampanii prezydenckiej uwagę zwracała kandydatura Magdaleny Ogórek, ale obecnie trzy największe siły polityczne w Polsce postawiły na kobiety jako swoich frontman’ów (czy może raczej frontwoman). Główna rywalizacja wizerunkowa toczyła się w kampanii pomiędzy Beatą Szydło, Ewą Kopacz i Barbarą Nowacką. Czy większa liczba kobiet na pierwszej linii walki kampanijnej oznacza także ich większy obecnie udział w polityce? Sprawdziliśmy czy proporcja kobiet w parlamencie faktycznie wyraźnie zmieniła się i czy ewentualne trendy mają charakter lokalny, czy globalny. Wykresy pokazują odsetek kobiet w niższych izbach parlamentu wybranych państw w latach 1997, 2005 i 2015 (dane pochodzą z zasobów Inter-Parliamentary Union: http://www.ipu.org/wmn-e/classif.htm).

Odsetek kobiet w polskich ławach poselskich w ostatnich 20-stu latach wzrósł bardzo wyraźnie – z 13 do 24,1%. Wciąż jednak na tle reszty Europy polska polityka nie należy do sfeminizowanych. Najwięcej kobiet w izbach niższych ciał ustawodawczych jest w krajach skandynawskich: Szwecji (43,6%), Finlandii (41,5%) i Islandii (41,3%). W wielu innych państwach także rósł ostatnio udział kobiet w polityce, do spektakularnych zmian doszło w Słowenii (wzrost czterokrotny), we Włoszech (wzrost trzykrotny) i na Półwyspie Iberyjskim (prawe dwukrotny w Hiszpanii i ponad dwukrotny w Portugalii). Nawet w najbardziej zmaskulinizowanych parlamentach Europy liczba ta ostatnio wzrastała (w Rumunii w całym okresie z 7,3 do 13,7%, na Węgrzech spadła zaś co prawda między rokiem 1997 i 2005 z 11,4 do 9,1%, ale ponownie nieznacznie wzrosła w ostatniej dekadzie do 10,1%). W największych krajach Europy Zachodniej – Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji – trend był podobny, a odsetek kobiet oscylował wokół 1/3.

europe

W pozostałej części świata zróżnicowanie jest pod tym względem wyraźnie większe i niekiedy zaskakujące. Przykładowo Rwanda i Boliwia mają o wiele bardziej sfeminizowane parlamenty niż Szwecja (większość parlamentarzystów to kobiety), natomiast Stany Zjednoczone podobne są obecnie pod tym względem raczej do Tadżykistanu (więcej kobiet zasiada już w parlamencie Arabii Saudyjskiej). Wśród państw rozwiniętych najmniej zbalansowana reprezentacja płci występuje w Japonii (9%). Kobiety nie zasiadają zaś w parlamentach niektórych państw wyspiarskich na antypodach (Mikronezji, Palau, Tongi, Vanuatu) oraz niektórych państw arabskich (Katar, Jemen). Wśród państw dużych najmniejsze sfeminizowanie legislatury występuje w Iranie (3%) i Nigerii (5%).

world

Globalna tendencja w ostatnich 20 latach jest zbliżona – liczba kobiet w polityce rośnie. Przeciętny wzrost dla 175 państw o których dostępne są dane wyniósł 11,3 punktu procentowego, zatem prawie dokładnie tyle, co w Polsce.

Noworoczne targi zdrowotne

Okres zawierania i przedłużania kontraktów między NFZem a jednostkami opieki zdrowotnej jest tradycyjnie czasem wyjątkowo burzliwym (zwłaszcza dla niektórych pacjentów). Nie wnikając szczegółowo w przedmiot sporu (jest to złożona gra interesów), warto zwrócić uwagę na bardzo nierównomierny zasięg geograficzny przejawów tego konfliktu. W mediach i na stronie Porozumienia Zielonogórskiego można znaleźć mapę, pokazującą jaka część POZów w poszczególnych województwach odmówiła świadczeń na nowych zasadach. My  z kolei postanowiliśmy zrobić takie zestawienie dla miast wojewódzkich (wykres poniżej, dane ze stron oddziałów wojewódzkich NFZ, stan na 3.1.2015), który pozwala pokazać pewien rzadko podkreślany aspekt przebiegu tego sporu.

Odsetek POZów, które zawarły umowęJak widać przejawy wspomnianego konfliktu instytucjonalnego są niezwykle mocno zróżnicowane pomiędzy dużymi miastami Polski (niewielka entropia konfliktu). Spośród 18 stolic wojewódzkich, w 9 świadczenia według nowych zasad zgodziły się prowadzić wszystkie lub prawie wszystkie POZ. Z kolei w 5 innych zakres sprzeciwu świadczeniodawców można ocenić jako duży lub bardzo duży – wynosi od 45 do 67%. Ostatnie cztery miasta – Lublin, Rzeszów, Gdańsk i Opole to przypadki pośrednie, gdzie akcja sprzeciwu ani nie wygasła, ani nie osiągnęła bardzo dotkliwego poziomu (zamkniętych było między 14 a 32% POZów).

Tak duże zróżnicowanie geograficzne stanowi interesującą zagadkę. W przypadku różnic regionalnych kluczowym czynnikiem jest oczywiście siła Porozumienia Zielonogórskiego (między innymi dlatego w Wielkopolsce 100% przychodni zaczęło pracę zaraz po Nowym Roku). Być może da się jednak znaleźć również inne uwarunkowania tych różnic, patrząc właśnie na największe miasta.

Po pierwsze warto zauważyć, że jest to jeden z tych konfliktów, który w niewielkim stopniu związany jest z podziałem politycznym. Można by podejrzewać, że „bunt” lekarzy rodzinnych może być szczególnie silny tam, gdzie w generalnej populacji istnieje niski poziom poparcia dla partii rządzącej, zwłaszcza, że to ona desygnowała Ministra Zdrowia. Nie znajduje to potwierdzenia. Korelacja między zakresem protestu a poparciem dla PO w wyborach 2011 roku jest dość słaba, wynosi zaledwie -0,14. Zresztą rzut oka na mapę nie pozostawia złudzeń, że konflikt ten nie ma jednoznacznego politycznie charakteru – warto pamiętać, że parę lat temu PZ blisko współpracowało z rządem koalicji PO-PSL.

Jest natomiast jeden inny ważny czynnik, który warto chyba podkreślić – jest nim poziom urbanizacji. Korelacja między wielkością miasta wojewódzkiego a zakresem tamtejszego protestu wynosi -0,39 (zob. wykres poniżej). Innymi słowy, w wielkich miastach było znacznie mniejsze prawdopodobieństwo, że po Nowym Roku zamkniętych pozostanie wiele przychodni. Dlaczego tak się stało? Dlaczego to tu PZ miało mniejszą siłę wpływu? Wydaje się, że wyjaśnienie może być związane z wielkością rynku usług medycznych. W dużych miastach, gdzie oferta usług medycznych jest bogata, silniej działają mechanizmy rynkowe. Jeśli jedna przychodnia nie przyjmie pacjentów, weźmie ich inna. Warunki trudne do przyjęcia dla jednego świadczeniodawcy są do zaakceptowania dla innego. W efekcie protestowi trudniej osiągnąć masę krytyczną – dopóki warunki proponowane przez NFZ nie będą zupełnie nieakceptowalne dla zdecydowanej większości, opór względnie szybko się załamie. W mniejszych miejscowościach, zwłaszcza tam gdzie federacja świadczeniodawców ma względnie duże wpływy, protest jest znacznie bardziej dotkliwy, a zarazem skuteczny – mniejsze jest prawdopodobieństwo „wyłamania się” pojedynczych podmiotów. Pokazuje to, jaka jest (ceteris paribus) relacja pomiędzy siłą grup nacisku a stopniem rynkowości otoczenia. To między innymi dlatego w najgorszej sytuacji na początku stycznia znaleźli się pacjenci w Zambrowie i okolicach, a w najlepszej ci w Poznaniu i Warszawie.Urbanizacja a siła nacisku PZ

Frekwencja w wyborach do sejmików

Mimo, że PKW ogłosiła już oficjalnie jak wygląda podział mandatów w wyborach samorządowych do rad i sejmików, to wciąż nie znamy dokładnych danych o liczbie wydanych kart, oddanych głosów i głosach nieważnych. Od dnia wyborów na stronie PKW możemy znaleźć jedynie częściowe dane o frekwencji – z godziny 17:30. W oczekiwaniu na kolejne dane, które mogą być przedmiotem ciekawych analizy, stworzyliśmy przy pomocy prostego, darmowego narzędzia mapę frekwencji głosów ważnych w wyborach do sejmików (poniżej).

Głosy ważne, sejmiki

Liczba oddanych głosów ważnych w wyborach do sejmików województw w stosunku do liczby osób uprawnionych do glosowania (w %)

Jak widać „ważna frekwencja” w wyborach do sejmików (39,7%) była dość odległa od łącznej frekwencji wyborów samorządowych, która – jak podano – wyniosła 47,4%. W województwie opolskim na radnych wojewódzkich oddało głosy niespełna 35% uprawnionych. Sytuacja wygląda podobnie we wszystkich województwach Polski zachodniej. Z kolei w świętokrzyskim padło prawie 45% ważnych głosów. Z ciekawością wypada oczekiwać na dokładne dane o głosach nieważnych, ponieważ dopiero wówczas dowiemy się więcej o wyjątkowych problemach, jakie wystąpiły w trakcie tych wyborów (dotyczyły zarówno procedury głosowania, jak sposobu liczenia głosów oraz ich publikacji). Na razie podano jedynie, że w skali kraju w wyborach do sejmików oddano 17,9% głosów nieważnych. W zestawieniu z liczbą głosów ważnych i liczbą uprawnionych oznaczałoby to, że łączna frekwencja wyniosła nie mniej niż 48,4% (30 356 100 uprawnionych, 12 061 247 głosów ważnych, a zatem około 2 635 045 głosów musiało być nieważnych, co daje razem 14 696 292 głosów oddanych). Liczba ta różni się od oficjalnie ogłoszonej frekwencji o cały punkt procentowy, więc nie może być jedynie rezultatem zaokrągleń.

Takie niewielkie różnice mogą mieć różne przyczyny (np. wyniesione karty, błędy w sprawozdaniach), ale dopiero pełna dostępność danych pozwoliłaby rozwiać różne wątpliwości. Warto bowiem wspomnieć, że geograficzne korelacje dotyczące wyników, frekwencji i błędów są jedną ze standardowych procedur wykrywania nieprawidłowości wyborczych, co ilustrują analizy przeprowadzone przez Kobaka, Szpilkina i Pszenicznikowa dla wyborów 2011-12 w Rosji (zob. http://arxiv.org/pdf/1205.0741.pdf). Istotnym elementem monitoringu wyborów jest więc pełna dostępność danych o ich przebiegu.

Rynek badawczy w Polsce

OFBOR opublikował ciekawą infografikę na temat rynku badawczego w Polsce. Każdy, kto interesuje się branżą badań społecznych znajdzie tu parę ciekawostek.

Jedna trzecia rynku należy dziś do grupy kapitałowej Kantar (Millward Brown SMG/KRC, TNS Polska – dawniej Pentor i OBOP), a dalsze 28 do grupy Nielsen (AC, AGB). Zwłaszcza ta druga zanotowała wyraźny wzrost – o 7 punktów procentowych w porównaniu z rokiem 2010. Pozostałe dwie wielkie grupy badawcze mają w Polsce znacznie mniejszy udział w przychodach branży: Gfk 13%, a IPSOS 9%. Największa polska firma (PBS) odpowiada za niespełna 5% wyników finansowych sektora.

Warto przy tym pamiętać, że branża badawcza nie stanowi stanowi znaczącej (w kategoriach finansowych) gałęzi gospodarki – gdyby jej przychody jako całości potraktować jako przychody jednej firmy, to firma taka nie zmieściłaby się wśród 300 największych przedsiębiorstw w naszym kraju. Przychody tego rzędu uzyskują firmy jak telekomunikacyjna Vectra, biuro turystyczne Rainbow Tours czy czekoladowy Wawel.

branza_badawcza_2013_przychody

Kliknij, aby powiększyć

Liczba urzędników w Polsce 1981-2011

Spośród niespełna 16 mln pracujących Polaków, prawie 4 mln zatrudnionych jest w sektorze publicznym. Największy udział w tej liczbie mają: edukacja (ponad 1 mln), administracja, ochrona zdrowia (z niewiadomych powodów liczona przez GUS łącznie z pomocą społeczną) oraz szeroko pojęte służby mundurowe (w tej kolejności). W kontekście oceny działania państwa najwięcej emocji budzi prawdopodobnie druga z tych pozycji, ponieważ korpus urzędniczy traktowany jest na ogół jako bezpośrednie vis-a-vis (czy wręcz nemesis) sektora gospodarki rynkowej. W prasie ukazują się co pewien czas zestawienia pokazujące wzrost liczby zatrudnionych w administracji, służący jako przypomnienie, że wbrew obietnicom wszystkich kolejnych rządów państwo zamiast odchudzać się w poszukiwaniu większej sprawności (czy może odwrotnie – usprawniać się by schudnąć), nieustannie tyje i łapie zadyszkę.

Dynamika wzrostu liczby urzędników w postaci zagregowanej mało  jednak mówi o procesach, które faktycznie za tym stoją. Dlatego postanowiliśmy przedstawić je w podziale na kilka najważniejszych elementów – przede wszystkim rozdzielając administrację centralną od samorządowej – rozwój samorządu był w końcu jedną z zasadniczych składową transformacji państwa po 1989 roku.

Tym razem zamiast z Alicją pracowałem z Radkiem, zapewne jednym z nielicznych fanów R w środowisku historyków. Postawiliśmy sobie zadanie stworzenia spójnej, syntetycznej wizualizacji wzrostu zatrudnienia w administracji na przestrzeni trzech dekad. Szeroka zakładka na czasy PRLu w interesujący sposób rozszerza kontekst (i legitymizuje udział historyka). Do przygotowania zestawienia wspólnie spisaliśmy dane z roczników, ale wykresy zrobiliśmy niezależnie, by porównać różne „szkoły” kompresji informacji na wykresie. Rezultaty widać poniżej.

Wykres 1. (mój), kliknij aby powiększyćUrzędnicy

Wykres 2. (Radka), kliknij aby powiększyćurzednicyP

Jak dobrze wiadomo, w zasadzie w całym okresie potransformacyjnym notujemy stały wzrost kadr administracji publicznej. Po dezagregacji tego trendu można pokusić się o kilka szczegółowych spostrzeżeń.

Po pierwsze nie może dziwić fakt szybkiego wzrostu administracji samorządowej po roku 1991. Po krótkim „wietrzeniu” nastąpiła rekonstrukcja urzędów gmin i miast, następująca równolegle do rosnącej liczby obowiązków lokalnej administracji. Do dziś trend ten utrzymuje się, a obok przekazywania dawnych zadań państwowych w dół, w jego umocnieniu pewną rolę odgrywają zapewne różne meandry lokalnej polityki (synekury jako waluta polityczna).

Po drugie mimo równoległego, szybkiego rozrostu kompetencyjno-kadrowego samorządów, w latach 1990-1998 można było obserwować dramatyczny wzrost liczby osób zatrudnionych w centralnych organach administracji. Oczywiście po części związane to musiało być z nowymi zadaniami, choćby skarbowymi, ale z drugiej strony Polska przechodziła przecież od „ręcznego sterowania” (gospodarki planowej) do rynku, co – przynajmniej w teorii – powinno wymagać mniejszej obsługi administracyjnej. Warto zapewne przyjrzeć się temu wszystkiemu bliżej, ale na gorąco postawiliśmy z Radkiem dwie hipotezy: (a) dla lat 80-ych nie jest ujęta liczebność administracji partyjnej (np. zatrudnionej w komitetach wojewódzkich), która wykonywała pewne zadania (przede wszystkim te czysto polityczne), (b) jedną z metod łagodnego „przejmowania” państwa po 1989 roku było zatrudnianie równoległej administracji, lojalnej wobec polityków dawnej opozycji demokratycznej. Trend ten jednak nie zatrzymuje się w roku 1993, wraz z przejęciem władzy przez koalicję SLD-PSL, ale jest kontynuowany aż do czasów rządu Buzka.

Po trzecie wskutek reformy samorządowej wielkość administracji centralnej zaczęła spadać. Trwało to jednak jedynie do końca rządów koalicji AWS-UW, później powraca trend wzrostowy, tak, że liczba urzędników w instytucjach centralnych już w 2007 roku przekroczyła tę sprzed decentralizacji i wciąż rosła, przekraczając w 2009 roku liczbę 130 tys. W sensie czysto kadrowym decentralizacja Polski była więc efektem bardzo krótkotrwałym.

Trudno jest oczywiście udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to, jak licznej obsady kadrowej potrzebuje państwo takie jak Polska. Od czasu reformy samorządowej jej wzrost w coraz mniejszym stopniu określany jest zresztą odgórnie – samorządy różnych szczebli zatrudniają wedle własnych potrzeb i środków. Administracja mniejszych gmin i miast to już kategoria prawie tak liczebna jak administracja centralna, a samorząd wojewódzki dawno już wyprzedził pod tym względem Urzędy Wojewódzkie. Żądania „oszczędniejszego państwa” będą musiały być coraz częściej – wbrew temu co piszą gazety – adresowane do włodarzy lokalnych, a nie rządu.

PS. Przyglądając się wykresom warto mieć na względzie, że zmiany obserwowane z roku na rok mogą być efektem nie tylko zmian stanu etatowego i struktury organizacyjnej państwa, ale również zmian klasyfikacji GUS. Mocniejsze i bardziej szczegółowe wnioski wymagałyby dalszej dezagregacji danych.

Skuteczność zdobywania grantów NCN

Od kilku lat przyznawaniem grantów polskim naukowcom zajmuje się NCN (wcześniej robiło to MNiSW). Na podstawie udostępnionych przez tę instytucję danych postanowiliśmy sprawdzić, które spośród największych polskich uczelni są najbardziej
skuteczne w ich pozyskiwaniu.

Wykres przedstawia ranking skuteczności rozumianej jako stosunek liczby grantów złożonych do uzyskanych we wszystkich konkursach w 2013 roku. Najbardziej skuteczny – co nie jest wielkim zaskoczeniem – okazał się Uniwersytet Warszawski, którego 40% złożonych grantów zyskało finansowanie. Na drugim i trzecim miejscu znalazły się: Uniwersytet Wrocławski i Jagielloński, w przypadku których co trzeci wniosek grantowy mógł zostać zrealizowany. Na dole rankingu znalazły się mniejsze uczelnie, z mniejszymi tradycjami, takie jak Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie, Uniwersytet Opolski i Zielonogórski. Tylko około co dziesiąty grant z tej trójki zyskał dotację.

skuteczność
Różnice pod względem prawdopodobieństwa uzyskania grantu są jak widać spore, co w części wynika niewątpliwie z jakości składanych wniosków, jednak nie tylko. Konkursy biorą bowiem pod uwagę samą renomę uczelni i jej jednostek, częściowo formalnie i wprost – poprzez kryterium potencjałowe. Można się rzecz jasna domyślać, że także pośrednio i nieformalnie – poprzez idiosynkrazje recenzentów i ekspertów.

Jednocześnie uczelnie przyjmują zróżnicowane strategie starania się o granty. Są takie uczelnie, które składają relatywnie dużo wniosków w stosunku do pracowników, ale mają bardzo niską skuteczność. Taką uczelnią była na przykład „Wyższa Szkoła Finansów i Zarządzania w Warszawie”, która złożyła 31 wniosków, a uzyskała 1 grant. Z drugiej strony są też takie instytucje, jak np. Instytut Nauk Ekonomicznych PAN, który złożył tylko jeden wniosek, ale w konsekwencji jednostka uzyskała 100% skuteczności. Wśród instytucji, które składają większą liczbę wniosków największą skutecznością pochwalić się mogą instytuty nauk ścisłych PAN: Instytut Chemii Organicznej PAN złożył 18 wniosków, a uzyskał 15 grantów, a Instytut Paleobiologii PAN złożył 10, a uzyskał 8.

Wykres 2. pokazuje zależność między liczbą składanych wniosków a liczbą sukcesów. Jest ona silna, choć lekko S-kształtna. W 2013 roku krakowski UJ złożył najwięcej grantów (872 wnioski), ale pod względem skuteczności jest dopiero na trzecim miejscu. Fakt ten mógłby bronić ulokowany w Krakowie NCN przed zarzutem stronniczości (z tą oceną przez chwilę się wstrzymajmy). Wykres wydaje się zresztą przekonywać, że wśród 25 wziętych pod uwagę uczelni trudno dostrzec jednoznaczne symptomy  dyskryminacji. Uczelnie składają wnioski stosownie do swojego aktualnego potencjału. Jeśli go wyraźnie przekraczają, mogą się liczyć z mniejszą średnią skutecznością albo – przy odrobinie szczęścia – z większą pulą uzyskanych środków. Wydaje się zatem, że w tej specyficznej „grze hazardowej” wypada fortunie dawać przynajmniej szansę – „kupować losy”. Liczy się w bowiem zarówno jakość, jak ilość. Jednocześnie stosunek nakładów (na złożenie wniosku) do korzyści (jakie uzyskuje badacz i jego uczelnia) powinien być jednoznaczną zachętą do pracy nad projektami badawczymi.

Tak się jednak nie dzieje. Nie dysponujemy kompletnymi danymi na temat liczby pracowników poszczególnych uniwersytetów, ale łatwo dać wybiórczą ilustrację. UJ ma co prawda 3 razy więcej pracowników niż UwB, ale jednocześnie składa 10 razy więcej wniosków; UMK ma o jedną trzecią pracowników mniej niż UW, ale składa prawie 3 razy mniej wniosków. Dlaczego tak się dzieje? Pierwsza prawdopodobna odpowiedź dotyczy tego, w jakim stopniu pracownicy definiują swoją rolę jako naukowca, a w jakim jako nauczyciela. Niestety taka definicja sytuacji utrwalana jest przez instytucjonalną konstrukcję systemu finansowania uczelni (pieniądze idą głównie za studentem, a nie za jakością badań). Drugie wyjaśnienie mówi, że pracownicy słabszych uczelni składają względnie mało wniosków, ponieważ są przekonani o mniejszych szansach sukcesu. Wykres 1. pokazał, że są ku temu podstawy, jednak warto zwrócić uwagę na to, że dysproporcje skuteczności są znacznie mniejsze niż dysproporcje podjętych prób.

 

scatterJest jeszcze jedna rzecz, która liczy się może najbardziej – suma, na jaką projekt opiewa. Z punktu widzenia uczelni (konsumowanych kosztów pośrednich) jest to niewątpliwie statystyka ważniejsza, niż sama liczba realizowanych projektów. Wykres 3. ujmuje łączną kwotę finansowania uzyskaną przez 40 kluczowych polskich uczelni. Kształt rozkładu nie pozostawia wątpliwości, że różnice są bardzo duże. W ramach prezentowanego zestawienia 10% najskuteczniejszych uczelni konsumuje ponad połowę środków. Co ciekawe UJ wypada w tym zestawieniu lepiej niż UW, a zatem mimo nieco mniejszej liczby uzyskanych grantów uzyskał największe ogólne korzyści.

ncnWykres nie pozostawia złudzeń – pod względem skali prowadzonych badań w Polsce jest kilka osobnych klas uczelni. Do pierwszej nalezą tylko UJ i UW. Do drugiej UAM i UWr. Dalszy podział staje się coraz bardziej płynny, ale także ma coraz mniejszy sens – udział środków grantowych w całkowitym budżecie uczelni staje się po prostu (w większości przypadków) mało znaczący.